środa, 9 maja 2012

Rozdział 6: "I'm not something to leave behind…”




Jaką musiała być desperatką, by specjalnie skręcić kostkę? Odpowiedź brzmi: wystarczająco dużą. Po moim ostatnim spotkaniu z Niallem nie miałam zamiaru niepotrzebnie szarpać moich nerwów, które i tak już są w strzępach, biorąc pod uwagę kurację lekową. A propo leków… ostatnio właśnie myślała o tym, by po cichu je odstawić. Moja abstynencja alkoholowa powoli mnie dobijała (na szczęście biorąc te nic niedające pigułki i tak mogłam od czasu do czasu zapalić papierosa), dlatego mój umysł zaczął kombinować, jak tu, bez skutków ubocznych, powoli odzwyczaić organizm od leków. Postanowiłam, że na początek będę brała tylko jedną dziennie, zamiast dwóch, a następnie będę brała jedną na dwa dni, aż w końcu rzucę to świństwo. Może takie myślenie było lekkomyślne z mojej strony, ale nie chciałam barć czegoś, co tylko mnie zatruwa, ale nie daje żadnej poprawy!

Przez resztę dnia leżałam w łóżku, po tym jak „przypadkiem” skręciła kostkę na schodach naszego domu (tak naprawdę wystarczyło się sztucznie potknąć i ignorować ból), otaczana troskliwą opieką cioci, która już powoli miękła po wpadce z Kinią i nawet się do mnie coraz więcej odzywała, co mnie niezmiernie cieszyło. Z laptopem na kolanach i w słuchawkach na uszach, zapomniałam o otaczającym mnie świecie z zadziwiającą prędkością. Mogłam tak wegetować godzinami, gdy nagle około godziny drugiej ciocia zapukała do drzwi mojego pokoju, z zdziwioną miną.

- Kochanie, musisz zejść na chwilę na dół, coś podpisać.

Westchnęłam, jakoś uniosłam się na  poduszkach i podpierana przez ciocię, zeszłam na dół. Kompletnie zdezorientowana, patrzyłam na wielki bukiet, który ledwo mieścił się w drzwiach. Następnie przeniosłam wzrok na mężczyznę, który owy bukiet trzymał. Z jego plakietki przeczytałam, że pracował w kwiaciarni „Delaflora”, o której nigdy nie słyszałam. Wskazał drżącą ręką, gdzie ma m podpisać, a ja jak zwykle, najpierw przyjrzałam mu się podejrzliwie, a dopiero potem złożyłam podpis. Facet wcisnął w moje ręce bukiet, nawet nie patrząc na mój stan zdrowia. Przez niego wylądowałabym na ziemi, ugniatana przez olbrzymi bukiet, gdyby nie ciocia, która rzuciła mi się do pomocy.

- Matko święta, kto wysyła teraz takie wiązanki? – mruknęła ciocia, próbując ustalić, gdzie jest koniec bukietu.

Dlaczego przychodziło mi tylko jedno imię na myśl?

Gdy w miarę stabilnie stanęłam, ignorując ból w kostce, zauważyłam, że z kwiatów wypadła mała, biała karteczka. Bilecik? Z miną cierpiętnicy (każdy ruch powodował ból, a musiała jeszcze iść na uczelnię…) pochyliłam się i wzięłam go do ręki. Oparta o balustradę schodów, otworzyłam go i przeczytałam:

It doesn’t seem like much but I’m yours xx”

Patrzyłam to na bilecik, to na bukiet i ogarnęło mnie takie dziwne uczucie w okolicy serca… czyżby szczęście? Czyżby zadowolenie? Kuśtykając podążyłam za mamą, która chciała umieścić bukiet w kuchni. Poprosiłam ją, by mógł stać w moim pokoju. Zrobiłam miejsce na swoim biurku. Na szczęście żaden kwiat nie został zduszony przez ścianę i mogłam rozkoszować się tym widokiem z łóżka. Chwyciłam szkicownik, wyłączając komputer i zaczęłam rysować bukiet, starając się odzwierciedlić każdy jego detal, każdą różę. Było to prawdziwym wyzwaniem, gdyż bukiet składał się z czerwonych, różowych, białych i beżowych róż, a gdzie niegdzie odnajdywała się samotna lilia. To wszystko zostało przyozdobione jakąś trawą, sztuczną rosą i wyglądało przepięknie. Dokończyłam rysunek, dodając trochę kolorów, kredkami akwarelowymi, gdy nagle usłyszałam dzwonek do drzwi, a następnie tupot stóp na schodach. Pewnie Savie i Gi przyszły z wizytą.

Miałam uchylone drzwi, więc pierwsza weszła Savie, nagle stając w przejściu, a idąca za nią Gi wpadła na nią z impetem. Dopiero po kilku sekundach zorientowała się, dlaczego jej przyjaciółka stoi.

- Wow – tylko tyle potrafiła z siebie wyksztusić Savannah, nadal stojąc jak głaz. – Od kogo?

Przewróciłam oczami. Jakby nie wiedziała…

Podałam jej bilecik, który przeczytały z Gi jednym tchem, po czym opadły na moje łóżko z dziwnymi minami. Miałam ochotę zapytać je, o co chodzi, ale byłam zbyt zajęta kończeniem mojego szkicu.

- Jest niesamowity… - wyszeptała Georgia, wzdychając jak, jakby jednocześnie trochę żałując, że ona nie dostała czegoś takiego.

- Bukiet, czy szkic? – droczyłam się z nią, pokazując obrazek.

- Oba – Savannah podparła się na łokciach, rozwalając się na moim łóżku jak na swoim; zawsze czuła się w u mnie w domu jak u siebie.

- Idziesz dziś na zajęcia? – zapytała Gi, opierając się plecami o ścianę. – Chyba, że twoja kontuzja jest na tyle poważna, że odpuszczasz sobie dzisiaj?

- Żeby nie mieć notatek, bo wszystkie bierzecie ode mnie? Zapomnij – zaśmiałam się, mierzwiąc włosy i opadając na poduszki, kładąc szkicownik na szafce nocnej. – Poza tym, chcę dokończyć mój obraz na zajęciach z rysowania.

Przypomniał mi się mój obraz, stojący niedokończony na sztaludze… mała dziewczynka, wokół niej pełno nieznajomych, męskich twarzy. Niebieska sukienka z dzieciństwa; jedna męska twarz powtarzając się na całym obrazie… Wzdrygnęłam się i powróciłam do rzeczywistości.

- Ja nie idę, pójdę jutro – zadecydowała Savie, wyglądając jak zdechłe zwierzę, zwisając w poprzek mojego łóżka. – Może. Albo pojutrze…

- Musisz mieć minimum połowę godzin obecności, żeby przejść i do tego zdane egzaminy semestralne – przypomniała jej Gi poważnym tonem – Mam nadzieję, że pilnujesz swoich godzin?

Spojrzała na Savie, a potem obie zaczęły się śmiać.

- Jesteś niepoważna, Savie – skwitowałam, patrząc jak tarzają się ze śmiechu po moim łóżku.

- Ale za to mnie kochasz, prawda? – Savie uformowała usta dziubek, co tylko spowodowało u mnie salwę śmiechu; wyglądała przekomicznie, ale także przeuroczo.

- A ja myślałam, że za to, że zawsze przynosisz te pyszna sałatki na uczelnię – dodała Gi.

- To chyba też – starałam się zachować powagę, co w końcu mi się udało – A teraz na poważnie. Naprawdę nie wiecie, kto przesłał mi ten bukiet?

- Nie domyślasz się? – zdziwiła się Savie, a Gi kopnęła ją w łydkę – Ał, to bolało.

Gi przewróciła oczami, a ja zachichotałam.

- Nie powiemy ci, jeśli się nie domyślasz. A jeśli dobrze grasz swoją rolę to przestań i zwróć uwagę na uczucia. – podsumowała Gi.

You’ll never know all these things I feel inside, I wanna show you there’s nothing better to fight…

***

 

Byłam zła na siebie, że w ogóle przyszło mi na myśl iść na uczelnię o zwichniętej kostce. Mimo, że nie bolała już tak bardzo, gdy zażyłam leki przeciwbólowe, to i tak kuśtykałam jak Szalonooki Moody, tylko, że nie miałam laski ani tym bardziej tego dziwnego oka – za to miałam zrobiony makijaż. Savannah, tak jak powiedziała, nie poszła na zajęcia, więc musiałyśmy z Gi obejść się bez jej dobrych sałatek i zamiast tego kupiłyśmy coś dobrego w sklepie obok uczelni. Ja, Savie i Gi studiowałyśmy grafikę komputerową z elementami malarstwa. Od zawsze wiedziałam, że sztuka, to dziedzina, w której się odnajdę. Byłam na pierwszym roku, a i tak nie żałowałam swojego wyboru, bo było on wręcz perfekcyjny.

Na moje nieszczęście Gi kończyła o jedną godzinę wcześniej, bo musiała spotkać się z firmą cateringową, więc sama wracałam do domu. O ósmej wieczorem różne typy kręciły się pod naszym uniwerkiem, ale ja usilnie starałam się zamaskować strach, a właściwie przerażenie, które przesiąkło mnie do szpiku kości. Do tego, oczywiście, musiało zacząć padać, bo Londyn, nie byłby Londynem, gdyby przez dwa dni z nieba nie spadłaby ani kropla deszczu. Otuliłam się płaszczem, starając się myśleć o czymś innym, niż otaczającej mnie ciemności, a pierwsze, co przyszło mi na myśl…

„Tylko nie on!” jęknęłam w duchu, gdy w środku mnie zaczął formować się kształt przypominający JEGO twarz. Odsunęłam się od jakichkolwiek wspomnień i myśli z nim związanych i ruszyłam w stronę przystanku autobusowego, mając wrażenie, że słyszę jego głos. Pewnie znowu jakieś cholerne przewidzenie. Znowu!

Prychnęłam, trochę zwalniając, bo kostka powoli odmawiała mi posłuszeństwa. Nagle ktoś chwycił mnie za ramię, a ja odskoczyłam jak oparzona, prawie przewracając się na mokrym chodniku. Poczułam jak silne ramiona przyciągają mnie do siebie i nie pozwalają odejść. Na chwilę straciłam orientację i chwyciłam się czyjejś mokrej kurtki, by nie upaść. Oddychałam szybko, a tysiące myśli przechodziło mi przez umysł z prędkością światła. Potem obudziłam się; przecież jestem w czyichś ramionach!

Powoli zadarłam głowę do góry, a krople wody skapywały mi na twarz, zapewne rozmazując mi makijaż. Zobaczyłam parę jasnoniebieskich oczu… i odepchnęłam GO, wyswobadzając się z jego ramion.

- Co ty tu robisz? – warknęłam, krzyżując ręce na klatce piersiowej i wbijając morderczy wzrok w jego twarz.

- Gi dała mi znak, że sama wracasz z uczelni i poprosiła mnie, bym cię odwiózł do domu – mimo mojego wrogiego nastawienia, Niall wydawał się wyluzowany; ba, nawet się uśmiechał!

- Poradzę sobie sama, dziękuję – rzekłam, już mniej lodowatym tonem, gdy nagle nad nami rozległ się huk pioruna.

Pisnęłam jak mała dziewczynka, zakrywając uszy rękoma. Nienawidziłam burzy, bałam się jej nie bardziej niż mężczyzn. Od kiedy pamiętam, zawsze chowałam się pod stół podczas burzy i nikt nie był w stanie mnie spod niego wyciągnąć. Niall widząc, że się boję, wyciągnął w moją stronę rękę, jakby chciał mnie zagarnąć do siebie. Patrzyłam na niego, jakbym zobaczyła ducha.

- Niech ci będzie – powiedziałam w końcu, ciskając ręce tak, że opadały mi wzdłuż ciała – Gdzie jest twoje auto?

Niall wskazał srebrne, nieco ubrudzone volvo, a ja ruszyłam w jego stronę. Samochód był otwarty, więc wpakowałam się na siedzenie pasażera i zapięłam pas, odgarniając mokre włosy z twarzy. Cała byłam przemoczona, tak samo jak Niall. Widziałam jak kropelki wody skapują mu z brody na kolana. Moczył się tylko po to, by wsiadła do jego auta? Niedorzeczność…

Ruszyliśmy, a ja już chciałam podać adres, gdy Niall mruknął, że wie, gdzie ma jechać. Więc stwierdziłam, że nie będę się do niego już odzywała. Oparłam czoło o zimną szybę auta, patrząc na przejeżdżające obok nas pojazdy, na ludzi idących z parasolkami po chodniku, nie wiadomo gdzie. Nie liczyłam minut jazdy, ale gdy silnik zgasł, wiedziałam, że to koniec naszej podróży. Mimo, że nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego słowa, czułam jego wzrok oraz obecność na sobie.

- Jesteśmy – usłyszałam jego głos i podniosłam głowę.

Coś mi się nie zgadzało… Rozejrzałam się niespokojnie, dopiero po kilku sekundach zdając sobie sprawę, że… nie jesteśmy pod moim domem! Ogarnęła mnie furia, ale także strach – gdzie Niall mógł mnie wywieść?!

- To nie jest mój dom – wycedziłam przez zęby.

- Nie, ale pada, a kończy mi się paliwo, bo Liam zapomniał zatankować, więc do twojego domu raczej nie dojedziemy – miałam ochotę zedrzeć mu ten głupiutki uśmieszek z twarzy, ale zamiast tego wyszłam, trzaskając drzwiami.

- Jadę do domu! – prawie krzyknęłam i ruszyłam chodnikiem, ale powstrzymała mnie ręka Nialla, zaciskająca się na moim nadgarstku.

- Jest burza, pada deszcz, to trochę nierozsądnie wracać do domu samemu, nie sądzisz? – mówił wszystko ze spokojem, jakby już wcześniej to sobie zaplanował.

Jednak miał rację. Niechętnie przyznawałam się do tego, ale wyglądało na to, że nie miałam wyboru. Zacisnęłam wargi tak, że tworzyły cienką linię, a potem rzekłam do niego:

- Ale masz mnie puścić.

Niall od razu cofnął rękę i ruszył w stronę drzwi domu, a nieśmiały uśmiech majaczył mu na ustach. Otworzył mi drzwi, zapraszając do środka; recepcjonistki już nie było. Niall prowadził do mieszkania, które dzielił z chłopakami, nie mówiąc ani słowa, ale w tym wypadku wydawało mi się, że są one zbędne. Gdy odnalazł dobry kluczyk, włożył go w zamek i przekręcił; drzwi otworzyły się, a do naszych uszu dobiegł czyjś przeraźliwy krzyk. Niall wparował mieszkania, prosząc mnie bym się rozgościła i ruszył w stronę źródła owego wrzasku.

Zdjęłam przemoczony płaszcz i buty, a potem niepewnie, nadal utykając weszłam głębiej w pomieszczenie, zamykając najpierw drzwi od środka, by nikt nie wszedł. Stanęłam w drzwiach salonu, widząc jak Zayn, Liam siedzą na kanapie, a Louis z Harrym leżą w dziwnej pozycji na podłodze, śmiejąc się. Niall stał w pewnej odległości od nich, drapiąc się po głowie. Jako pierwszy zauważył mnie Zayn i posłał uśmiech w moją stronę.

- Hej, NIEZNAJOMA.

Skrzywiłam się, ale pomachałam mu ręką. Przede mną pojawił się Niall z ręcznikami w ręce.

- Chodźmy do góry, jesteś przemoczona – wskazał ręką schody, a ja powoli zaczęłam wchodzić, zważywszy, że kostka nadal mnie bolała.

Niall zaprowadził mnie do łazienki, podając ręcznik.

- Zaraz znajdę dla ciebie jakieś ciuchy – i odszedł, a ja spojrzałam na siebie w lustrze i przeraziłam się.

Tusz rozmazał mi się pod oczami, więc powoli zaczęłam go zmywać, uważając, by nie zostawić czarnych smug na policzkach. Robiłam to z takim zapamiętaniem, że nawet nie zauważyłam, jak Niall stanął we framudze drzwi, przypatrując mi się. Chrząknęłam, a on drgnął, jakby się obudził. Położył mi kupkę materiału na zamkniętej klapie toalety.

- Spodnie Harry’ego i moja bluza, mam nadzieję, że będą dobre – powiedział, wahając się, jakby chciał coś dodać, ale ja dałam mu znak ręka, by wyszedł, co też uczynił zamykając za sobą drzwi.

Wyskoczyłam z ubrań, a na poły mokrą bieliznę powiesiłam na kaloryferze, by choć trochę się wysuszyła; bandaż, którym miałam owinięta kostkę praktycznie do niczego już się nie nadawał. Gdy poczułam na sobie gorącą wodę, od razu się rozluźniłam. Spłukałam cały brud dnia dzisiejszego. Gdy skończyłam, owinęłam się puchowym ręcznikiem w kolorze lawendowym i wytarłam się porządnie. Na suche już ciało założyłam prawie suchą bieliznę i to, co dał mi Niall. Gdy wkładałam bluzę przez głowę, do nosa doszedł mnie jego zapach, którym owa bluza była przesiąknięta. Prychnęłam, gdy przeszedł on do mojej głowy i trzymając ręcznik w jednej z rąk, zaczęłam suszyć nim włosy. Nawet jak były mokre, pozostawały proste jak drut – jedynie końcówki lekko się kręciły. Otworzyłam drzwi od łazienki z najlepszym humorem, jaki miałam tego dnia. Od razu przede mną stanął też Niall, mając skupioną minę, jakby się nad czymś zastanawiał.

- Zrobiłem ci herbatę, jest na dole – zlustrował mnie niepewnie.

- Mogę gdzieś powiesić moje mokre ubrania? – zapytałam, patrząc za siebie.

- Zostaw je tam, Liam coś z nimi zrobi.

Zeszliśmy na dół, do kuchni, gdzie rzeczywiście, czekała na mnie herbata i talerz z kanapkami. Zdziwiłam się, ale usiadłam przy stole, podwijając nogi pod brodę. Przypatrzyłam się mojej kostce, która nadal była dosyć mocno napuchnięta i spytałam:

- Macie może bandaż elastyczny? Muszę obwinąć sobie kostkę.

Niall rzucił się do szafki z lekami jak głupi, chyba po raz pierwszy wywołując na mojej twarzy lekki uśmiech. Nie wiem, czy nie chciałam się przed sobą do tego przyznać, czy po prostu bałam się, że… powoli zaczynam go lubić. Niall strasznie się starał, mimo, że byłam dla niego taka wredna… od razu też zrobiło mi się głupio za swoje zachowanie. Niall podał mi bandaż, a ja zaczęłam z zapamiętaniem zawijać sobie kostkę, tak jak uczyła mnie pani doktor w szpitalu. Na końcu chwyciłam dziwny, metalowy spinacz i próbowałam zahaczyć o niego końcówkę bandaża.

- Daj, pomogę ci – widząc, że sobie nie radzę, Niall uklęknął przy mnie i wziął mi z ręki zapinkę. Postawił sobie moją owiniętą bandażem stopę na swoim kolanie i zgrabnym ruchem zapiął ją tak, że ani nie uciskała ani nie była za luźna. Poruszył moją kostką delikatnie, jakby upewniając się, że wszystko w porządku, a potem westchnął i opuścił ją na kafelki.

- Dziękuję – wyszeptałam, patrząc na niego.

Zawahałam się i w końcu… zrobiłam to. Uśmiechnęłam się do niego lekko. Widząc to, Niall przez chwilę patrzył się na mnie jakbym stała się kosmitką, a potem odwzajemnił uśmiech.

- Nie za mocno? – zapytał, siadając obok mnie, wskazując brodą kostkę.

- Nie, idealnie – chwyciłam w dłonie kubek z herbatą i upiłam trochę; miała delikatny posmak trawy cytrynowej.

- Nie wiedziałem, czy lubisz zieloną, to jedyna, jaką mamy – blondyn zmierzwił sobie włosy z lekkim zakłopotaniem. – Jakby co, mogę jeszcze skoczyć do sklepu obok…

- Nie, nie musisz, uwielbiam zielona herbatę – powstrzymałam go, widząc, że jest na tyle zdeterminowany, że poszedłby w tą ulewę. – Dziękuję za wszystko.

Niall zdziwił się kompletnie, widząc, że zmieniłam swoje nastawienie do niego o sto osiemdziesiąt stopni. Wbiłam wzrok w podłogę, nie za bardzo wiedząc, co powiedzieć. Powinnam? Odłożyłam kubek z powrotem na stolik i wtedy piorun mnie strzelił, gdy sobie przypomniałam… że przecież ciocia nadal nie wiedziała, gdzie jestem! Wstałam tak nagle, że nawet Niall się przestraszył moją reakcją.

- Boże – wyszeptałam z palcami na ustach – Muszę zadzwonić do cioci, żeby się nie martwiła, że mnie nie ma jeszcze w domu!

- Gdzie masz torbę? Przyniosę ci telefon – zaoferował Niall.

- Jest przy wieszaku na płaszcze… – powiedziałam, ale zanim zdążyłam dodać, gdzie konkretnie, Niall już biegł po moją własność, choćby za cenę własnego życia. Po chwili wrócił z moją ogromną, kremową torebką i wręczył mi ją prosto do rąk.

Grzebałam w niej kilka sekund, po czym wykręciła numer do cioci, skubiąc nerwowo paznokieć. Odebrała po kilku sygnałach, pytając się, dlaczego jeszcze mnie nie ma. Starałam się trochę podkoloryzować sytuację, mówiąc, że jestem u Savie, bo ona chciała jeszcze ode mnie skserować notatki z malarstwa, gdy nagle rozpętała się burza. Ciocia uwierzyła w moją mało przekonującą bajeczkę i powiedziała, że dojazd może zająć mi strasznie dużo czasu, więc najlepszym rozwiązaniem jest przenocowanie u niej. Oczywiście przytaknęłam, żeby nic się nie wydało; jęknęłam, gdy zakończyła połączenie. Napotkawszy pytające spojrzenie Nialla, wyjaśniłam cicho:

- Moja ciocia myśli, że śpię w Savie… sama to zaproponowała. Będę musiała się jakoś do niej dostać. – oparłam się o stół, a mokre włosy opadły mi na twarz.

- Możesz przenocować u nas, chłopaki na pewno się zgodzą – zaproponował Niall, po chwili rumieniąc się ze swojej propozycji – Jeśli nie chcesz, to zrozumiem i odwiozę cię do Savannah… - chyba kompletnie zapomniał o braku paliwa w swoim volvo; Savannah mieszkała prawie na drugim końcu miasta.

- Nie, chyba w tej sytuacji to jedyne wyjście – mruknęłam, znowu robiąc łyk herbaty. – Nie chcę robić kłopotu.

- Nie robisz, naprawdę. – Niall powiedział to tak szybko, że aż zwątpiłam; kto w końcu chciałby gościć zupełnie nieznaną i do tego wredną dziewczynę u siebie? – Możesz spać w moim łóżku…

Skrzywiłam się.

- Prześpię się na kanapie. Pewnie z kimś śpisz w pokoju?

- Tylko z Liamem i Zaynem, ale….

- No właśnie, TYLKO… - burknęłam, wyobrażając sobie mój „sen” w jednym pokoju z dwoma chłopakami – Uwierz mi i dla nich i dla mnie lepiej będzie, jak prześpię się na kanapie.

Zaczęłam wyciągać wszystkie rzeczy z mojej torebki, patrząc, czy nie są przemoczone. Na szczęście paczka czekoladowych Black Devilów pozostała sucha, tak samo jak szkicownik i przybory do malowania oraz moje notatki. Niall dziwił się coraz bardziej z każdą rzeczą, która odnajdywała światło dzienne. Nawet nie zauważyłam, gdy Niall zaczął przeglądać mój szkicownik. Zmarszczyłam brwi i wyrwałam mu go z rąk, pozostawiając Nialla z wyrazem zdezorientowania na twarzy.

- To jest moja prywatna rzecz – syknęłam, chowając szkicownik z powrotem do torebki.

- Niesamowicie rysujesz – odezwał się Niall, nie spuszczając wzroku ze mnie – Co studiujesz?

- Grafikę komputerową z malarstwem.

Niall nie mówił nic więcej, ale miałam wrażenie, że rozmyśla o tym, podczas gdy ja zajęłam się kanapkami, które dla mnie przygotował. Były… dobre. Po chwili do kuchni wpadł Harry, przyglądając się nam podejrzliwie znad bujnej grzywki, która prawie zasłaniała mu jedno oko.

- Widzę, że ktoś tu się przekonał do facetów, co? – wyszczerzył dwa rzędy swoich śnieżnobiałych ząbków w uśmiechu.

- Nie prowokuj mnie – warknęłam i trzepnęłam go dosyć mocno w ramię, dając mu do zrozumienia, że nie tak łatwo jest mnie przekonać.

Harry zaśmiał się i pokręcił z niedowierzaniem głową. Po chwili dotarło do mnie, z czego się tak śmieje. Po raz pierwszy, od kiedy go znam, odezwałam się do niego. Sukces czy porażka?

- Nie przyzwyczajaj się – rzekłam chłodnym tonem, ale widziałam, że Harry cały czas się uśmiecha.


 -------------------------------------

Muszę przyznać, że ten rozdział jest jednym z moich ulubionych. Dlaczego? Może dlatego, że w Leah pojawia się mały, maluteńki, możne niewidoczny dla niektórych, zalążek uczucia do Nialla. Jednak czy ten zalążek przemieni się w kwiat? Czytajcie dalej :)

Chciałam podziękować za wszystkie komentarze, ponad 9 tys wejść i 42 obserwatorów. Jesteście genialni <3 love ya all!

tt @Pauline__1994
gg 4441489

16 komentarzy:

  1. Ja zauważyłam te malutkie uczucie do Nialla ;D Mam nadzieje że z czasem będzie jeszcze większe ;)) Czekam z niecierpliwością na następny ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. swietne, już nie mogę się doczekać co będzie dalej...
    Plis dodawaj szybciej rozdziały <3

    OdpowiedzUsuń
  3. aaaa genialne ! czekam na kolejne <3
    zapraszam do mnie gdzie PRZED CHWILĄ ukazała sią 20 część opowiadania
    http://galaxy-strawberry.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Wreszcie doczekałam się tego że Leah(chyba tak to się pisze) wreszcie zaczęła powoli zmieniać nastawienie do Nialla. Czekam na następny!

    http://out-of-my-heart.blog.onet.pl/ ~ mój.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ogólnie to blog spoko :D
    Chciałabym, żeby Leah polubiła i zaprzyajźniła się z Niall'em. Żeby opowiedziała my, dlaczego nienawidzi facetów.
    To by było takie słodkie <3

    OdpowiedzUsuń
  6. awwww*_* Niall jest słodki (: cieszę się, że Leah zaczyna z nim w końcu jakoś normalnie rozmawiać :D mam nadzieję, że nie będę musiała długo czekać na następny rozdział. jesteś świetna :P

    OdpowiedzUsuń
  7. Weś, nie przerywa się w takim momencie! Tak się wciągnęłam, ze dopiero po chwili zorientowałam się, że nie czytam rozdziału, tylko notkę od ciebie! jesteś niesamowita! to jest chyba jedyny blog, na którego nowe notki czekam z takim utrapieniem xD już się nie mogę doczekać nexta ;]

    Poozdr. ;dd

    OdpowiedzUsuń
  8. Ohh, tak się zastanawiałam, jak to wszystko wyjdzie z tym bukietem, ale jak widzę, wszystko ładnie, pięknie. No nie mogę uwierzyć, że z nim poszła, że się częściowo przełamała, nawet jeżeli odrobinkę, to zawsze coś. Jest na dobrej drodze. Harry, jak zawsze taktowny, nie ma co. Na jej miejscu wyplułabym mu te kanapki na twarz xD Niall jest kurde taki kochany, normalnie uwielbiam go<3 Oo tak, pojawił się nawet Szalonooki Moody, teraz właśnie czytam Czarę Ognia, cóż za zbieg okoliczności. A no i jeśli się nie mylę, to srebrne volvo było w Zmierzchu, prawda? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że nawet sobie tak nie skojarzyłam, chociaż rzeczywiście, było volvo.... akurat to było pierwsze auto, jakie przyszło mi na myśl. Zwyczajne, no chyba, żeby Niall jeździł Mustangiem *___________*

      Usuń
  9. Mi właśnie też bardzo podoba się ten rozdział. Z tych samych względów, co Tobie. Leah w końcu się przełamuje i to jest nawet słodkie, jak burzy te wszystkie mury, które sama postawiła i w pewien sposób otwiera się przed Niallem.

    Nawet nie wiem, w którym momencie skończyłam rozdział, bo czytało mi się go tak łatwo. Ubóstwiam Twój styl pisania, bo jest luźny i przystępny, zawsze mogę się po prostu rozluźnić. Xxx

    [reasons-to-be.blog.onet.pl]

    OdpowiedzUsuń
  10. Kobieto ty masz wielki dar. No po prostu pozazdrościć.
    Świetnie piszesz. Świetny rozdział. Czekam na następny <3

    OdpowiedzUsuń
  11. To opowiadanie jest świetne , świetne i jeszcze raz świetne !! !! zakochałam się ! Błagam Cię , możesz mnie informować o nowych rozdziałach na http://amazey.blog.onet.pl/ ? Będę naprawdę bardzo wdzięczna :*

    OdpowiedzUsuń
  12. Dziś znalazłam Twój blog, przeczytałam te 6 rozdziałów z zapartym tchem ;)
    Kocham już tego bloga, chodź historia jest inna niż wszystkie które czytam ale to dodaje mu tylko uroku ;))
    Z niecierpliwością czekam na następny ;P
    Pozdrawiam,
    M.

    OdpowiedzUsuń
  13. swietny rozdzial tak jak cale opo. kocham je i cb tez :*.

    zapraszam na bloga mojej początkującej przyjaciolki, naprawde fajnie pisze: http://vas-hapenin.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  14. Bardzo się cieszę, że Leah powoli przekonuje się do Nialla. W końcu normalnie z nim rozmawiała i nawet się uśmiechnęła... Ona na pewno coś do niego czuje. Może na razie to 'coś' nie jest jeszcze jakimś szalonym uczuciem, ale jak to ładnie ujęłaś, zalążkiem, takim nasieniem. Mam nadzieję, że wyjdzie z tego coś naprawdę fajnego. Co ja gadam, ja wiem, że z tego wyjdzie coś fajnego :) Harry oczywiście jak zawsze wie, co powiedzieć. Zawsze na miejscu ;) I tu muszę przyznać, że mi srebrne volvo też skojarzyło się ze Zmierzchem :) Tylko, że u Ciebie zamiast Edwarda w srebrnym volvo jest Niall. Też świetnie ;) Jestem strasznie ciekawa, co wydarzy się tej nocy i co dalej. Czy Leah i Niall będą dalej rozwijać swoją znajomość? I czy Niall wreszcie dowie się, jak ona ma na imię? Pozostaje mi tylko czekań na następny, już nie mogę się doczekać :)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń