czwartek, 31 maja 2012

Rozdział 8: „But there's something between us that can't seem to get through it all”






Uniosłam się na łokciach, starając sobie przypomnieć, gdzie tak właściwie jestem. Chwila… coś mi się przypomina… opadłam na miękką poduszkę, gdy wspomnienia zalały mnie nagłą i trudną do okiełznania falą, strącając mnie z nóg. Za bardzo się przed nim otworzyłam, za bardzo. Nie powinnam… będzie kolejnym, który najpierw się postara, by zyskać moje zaufanie, a potem, gdy stwierdzi, że w sumie się mną znudził, to wyrzuci mnie na śmietnik, nawet nie pytając o miejsce docelowe lądowania.  Pokręciłam przecząco głową, wstając z kanapy, która jak na zastępcze łóżko okazała się naprawdę wygodna. Sprawdziłam, która godzina, biorąc komórkę z leżącej na podłodze torebki.

Siódma.

Powinnam się stąd zbierać i to jak najszybciej. Starała się iść jak najciszej, ale i tak, co jakiś czas coś zaskrzypiało, jakaś belka czy panel. But nevermind, jak to się mówi. Weszłam do łazienki, gdzie zauważyłam moje ciuchy, wiszące na sznurku. Były już całkowicie suche, co mnie niezmiernie ucieszyło. Ubrałam na siebie swoje jeansy i skarpetki, zostając jednak w bluzie Nialla. Była taka ciepła… Resztę swoich ciuchów upchałam w torebce i zaczęłam szukać pokoju Nialla. Wszystkie drzwi były pootwierane, więc nie musiałam się martwić, że kogoś obudzę. W końcu, znalazłam pokój. Wyrwałam kartkę z mojego szkicownika i napisałam na nim ołówkiem (jeju, czasami ubóstwiam siebie, za noszenie kartki i przyborów do pisania…) kilka zdań, by się nie martwił, jak się obudzi, że mnie nie ma:

„Wyszłam jak spaliście i nie chciałam cię budzić…”

Nie, to zupełnie bez sensu!

„Tak słodko spałeś, że…”

Tym bardziej bez sensu! Dziewczyno, weź się w garść!

„Najlepiej jak o tym zapomnimy. Dzięki za przenocowanie. Do zobaczenia na przyjęciu u Georgii. Leah xx”

Ta wersja chyba była najbardziej wyprana z uczuć i raniąca, ale chyba jednak najstosowniejsza. Napisałam słowa na kartce, ignorując dziwne ukłucie bólu, gdy je pisałam. Położyłam kartkę, uprzednio zginając ją w pół, na stoliku nocnym przy łóżku Nialla, które było najbliżej wejścia. Widziałam, jak śpi, z lekko rozchylonymi wargami i zmierzwionymi włosami, a moje serce jakby… roztopiło się jak masło na słońcu.

Czego Niall nie widział, to go nie zaboli…

Pochyliłam się nad nim i pocałowałam go w czoło. Było takie ciepłe i miękkie. Odskoczyłam, gdy Niall poruszył się lekko; jeśli się obudzi, to już po mnie. Wyszłam z pokoju najprędzej jak się dało, mając nadzieję, że on nie obudził się po moim czułym geście – w ogóle, od kiedy ja i czułe gesty tak się lubimy? Wydaje mi się, czy powoli się staczam po równi pochyłej? Odgarnęłam włosy i wyszłam z mieszkania, wkładając na siebie prochowiec i buty w tempie wyścigówki. Zauważyłam przystanek autobusowy, więc podeszłam do niego i sprawdziłam, czym mogę dojechać do domu. Okazało się, że najbliższy autobus miałam za pięć minut, więc nie musiałam wcale długo czekać. Z mieszanymi uczuciami wracałam do domu, modląc się, by ciocia nie zadawała więcej pytań. Gdy byłam już prawie przy domu, stwierdziłam, że zdążę jeszcze zapalić. Pogrzebałam w torebce i znalazłam swoje papierosy, jednak zamarłam, gdy zorientowałam się, że czegoś brakuje.

Mój szkicownik.

Został u nich w mieszkaniu.

Shit.

***

Miałem wrażenie, że śnię, że unoszę się w jakiejś dziwnej przestrzeni pozaziemskiej czy nawet pozakosmicznej. Zaśmiałem się ze swoich myśli. Przecież nie ma nic takiego jak przestrzeń pozaziemska ani tym bardziej poza kosmiczna. Czasami jednak jestem dziwny… nawet dziwniejszy od Leah. Tak, Leah… nareszcie poznałem jej imię, z czego byłem bardzo zadowolony. Za każdym razem, gdy wypowiadałem jej imię, czułem dziwne łaskotanie w brzuchu. Kurde i to niby ma być zauroczenie? Leah też była w moim śnie, ale taka strasznie rozmazana. Widziałem, jak się nade mną pochyla, a potem poczułem jej usta, jej malinowe, cudownie miękkie usta na swoim czole… to było jak sen. A może to nie było snem? Chciałem coś powiedzieć, ale nie mogłem, jakby wielka gula utkwiła mi w gardle… jakby wszystkie słowa, których kiedykolwiek się nauczyłem, zniknęły z mojej głowy. A potem ponownie zapadłem w sen…

Obudził mnie Louis skaczący po moim łóżku, krzycząc: „It’s time to Wake up, Nialler!”, a ja tylko zakryłem głowę kołdrą, krzycząc, żeby skończył tą dziecinadę i zostawił mnie w spokoju. Po chwili zdałem sobie sprawę, że przecież Leah u nas nocuje i tak zamaszyście ruszyłem nogą, by wstać, że podciąłem stojącego na moim łóżku Louisa, który runął na mnie jak długi, wbijając mi łokieć pomiędzy żebra, aż jęknąłem z bólu, a w oczach pojawiły mi się pierwsze łzy. Szybko jednak doszedłem do siebie, siadając na łóżku i łapiąc się za bok, który nadal bolał. Wstałem, chcąc zejść na dół, gdy nagle spod kołdry doszedł mnie stłumiony głos Lou:

- Nie ma jej, zniknęła.

Obróciłem się w jego stronę, odkopując go spod materiału. Chwyciłem go za koszulkę, podnosząc go tak, że spojrzał mi w oczy.

- Jak to zniknęła? – niedowierzałem, czekając na jakiekolwiek wyjaśnienia ze strony Lou.

- Zostawiła ci to – Lou wyciągnął w moją stronę mała karteczkę, zgiętą w pół – Chciałem ci to dać wcześniej, ale zwaliłeś mnie z nóg.

Zostawiłem Lou i wyrwałem mu z ręki karteczkę, czytając jej zawartość. Moje oczy przebiegały szybko po literach, ale nadal nie mogłem odczytać znaczenia podanych słów. Dopiero za czwartym razem zorientowałem się, co tak naprawdę chciała mi przekazać. Nie chciała mnie widzieć aż do urodzin Gi. Tylko dlaczego? Nic już nie rozumiałem… wczoraj była taka miła, znaczy miła jak na siebie, a do tego rozmawialiśmy. Chwila…

Kolejne BINGO.

Bała się do mnie zbliżyć, by za mocno się nie zaangażować. Musiałem zareagować, zanim ona uzna, że nie ma zamiaru już więcej ze mną rozmawiać. Louis nadal leżał na moim łóżku, trochę zdezorientowany moim milczeniem; ja podjąłem decyzję. W dzikim pędzie zacząłem się ubierać, w co popadnie. Przez głowę nałożyłem niebieską bluzę, trochę zaplatałem się w jeansy, a ze skarpetkami była zabawa przez pół korytarza. Wpadłem do kuchni, gdzie siedzieli już Harry i Liam, jedząc śniadanie (mieli czelność jeść beze mnie!) i gdy tylko mnie zauważyli, wystawili przede mną talerz naleśników. Zjadłem je prawie na stojąco, o mało co nie dławiąc się nimi.

- Śpieszysz się gdzieś? Dzisiaj nie mamy próby… - zapytał Zayn, mierzwiąc swoje „idealne” włosy, które od rana przypominały oklapnięty suflet.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć przyjacielowi, Louis, który wszedł do kuchni, stwierdził, że mnie wyręczy i odpowiedział za mnie:

- Dostał notkę od naszej kochanej Leah, że jak to ona ładnie ujęła… nie chce go widzieć do urodzin Gi.

- Ooo, to już możemy posługiwać się jej imieniem? – zdziwił się Harry, pijąc swoja herbatę.

- Wyjawiła mi je wczoraj wieczorem – oznajmiłem z dumą, a potem przypomniałem sobie, dlaczego pędziłem do kuchni na złamanie karku. – To ja lecę.

- Gdzie niby? Jeszcze nie ma jedenastej… - westchnął Liam, grzebiąc w swoich naleśnikach.

Machnąłem na nich wszystkich ręką i już chciałem odejść, gdy Liamowi coś się przypomniało:

- A, byłbym zapomniał. Leah zostawiła u nas swój szkicownik – w biegu chwyciłem zeszyt z rysunkami, nakładając jednocześnie kurtkę – Masz teraz pretekst, by do niej pojechać.

- Dzięki! – rzuciłem na pożegnanie, biorąc do ręki kluczki od auta i wychodząc z mieszkania.

Dlaczego miałem wrażenie, że porywam się z motyką na słońce?

Show me the way, let me see, into your soul let me breathe, I will wait through the ages and watch you sleep straight through the night…

***


MUSIC

- Jesteś wredna! – stwierdziłam, siedząc w pokoju Leah, która skuliła się na swoim łóżku w kulkę, mając nadal na sobie jego bluzę; była na nią o jakieś kilka rozmiarów za duża, więc nie mogła być jej, co nie?

Nie mogłam zrozumieć, jak ona mogła go tak potraktować? Zostawić bez wyjaśnień… ale w końcu to była Leah. Uciekała, gdy traciła grunt pod nogami, gdy ktoś za bardzo się do niej zbliżał. Niall był genialnym chłopakiem. I nie mówiłam tego wyłącznie, jako jego fanka, ale także, jako ktoś, kto go poznał. Nie miałam pojęcia, dlaczego Leah nigdy nie chciała wspominać o swojej przeszłości. Byłam jej przyjaciółką, istniałam od tego, by jej pomagać, jak ona mi, ukrywając mnie pijaną przed ojcem i stając w mojej obronie nie raz. Byłam jej to w pewnym sensie winna. Czułam, że jest między nami dług. Powoli spłacałam go, dzieląc go na raty możliwe do spłacenia. Leah była naprawdę wspaniałą przyjaciółką, kimś, kogo nie mogłam znaleźć ani w podstawówce, ani gimnazjum. Zazwyczaj zadawałam się z innymi, bogatymi dziewczynami, ale okazywało się, że one były takie… puste. Za puste nawet jak dla mnie. Leah była ich przeciwieństwem. Czasami nie potrafiłam rozszyfrować, co do mnie mówi, czułam się jak głupiutka laleczka… imponowała mi. Naprawdę. Mimo swoich dziwactw, mimo tego strachu, który się w niej kumulował… była wystarczająco silna, by z tym żyć.

She ran away in her sleep and dreamed of para-para-paradise, para-para-paradise, para-para-paradise, every time she closed her eyes…

Miałam wrażenie, że Leah strasznie się broni przed tym, co czuje do Nialla. Nigdy nie widziałam NIGDY, by rozmawiała z chłopakiem na takim poziomie, jak z nim. Wydawało się, że nawet go toleruje. Tak by powiedział ktoś, kto jej nie zna. Ja ją znałam i wiedziałam, że Niall, czy ona tego chce, czy nie, podoba się jej, ale nie jest do niego przekonana na tyle, by wpuścić go do swojego własnego, wyimaginowanego świata. Widać było, że chłopakowi naprawdę na niej zależy… dziwne prawda? Pierwszy chłopak, który wydaje się naprawdę nią zainteresowany, a ona odgania go niczym natrętną muchę. Tylko ta natrętna mucha nie miała zamiaru zrezygnować tak szybko, jak się Lei wydawało. Niall nie wyglądał na takiego, co zbyt szybko się poddaje. Albo to, albo miała o nim mylne wrażenie.

- Wiem  - odezwała się w końcu Leah, wywiercając spojrzeniem dziurę w suficie – Ale nie chcę mu dawać złudnej nadziei. Jest… jest naprawdę w porządku, jak na faceta, oczywiście.

- Jasneee… - westchnęłam, poprawiając fryzurę w lustrze; przydałoby się poprawić makijaż, już trochę mi się rozmazał. – Wmawiaj sobie kochanie, wmawiaj.

- O co ci chodzi? – Leah miała strasznie zmęczony głos.

- O to, że nasz drogi Niall James Horan jest na ciebie napalony i ty na niego również – zaświergotałam, widząc w lustrze, jak policzki Leah stają się czerwone, kolorem przypominając piwonię – I nie zaprzeczaj, bo ja wszystko dobrze wiem!

- SAVIE! – wydarła się na mnie; zaraz mi się oberwie za ten niezbyt smaczny żart.

- Stwierdzam tylko fakty, kochanie – wzruszyłam ramionami – A co innego można pomyśleć, gdy nadal masz na sobie jego bluzę?

Leah otworzyła buzię, jakby chciała coś powiedzieć, a potem usiadła na łóżku, patrząc się w dół, na za dużą, szarą bluzę, którą miała na sobie i westchnęła, opuszczając ręce wzdłuż ciała. Patrząc na nią można było zauważyć, że w środku przeżywa rozterki spowodowane naszym blondynkiem. Potem zaczęłam się zastanawiać, kiedy ostatnio widziałam Leah, rumieniącą się? Hmmm… chyba… nigdy.

- Pogadaj z nim – zaproponowałam, gdy nagle rozległ się dzwonek do drzwi.

Zamarłyśmy, gdy nagle ciocia, Leah krzyknęła do swojej bratanicy, że ma gościa. Leah posłała mi błagające spojrzenie.

- Jeśli to on, błagam cię, spław go jakoś. Nie mam ochoty się teraz z nim widzieć – mruknęła, zatapiając się ponownie w kołdrę.

Westchnęłam i wstałam, kierując swe kroki na parter. Rzeczywiście, w przedpokoju stał Niall, mierzwiąc sobie włosy ze zdenerwowania. W ręce trzymał szkicownik Leah. Oh, niedobrze, jeśli go widział, Leah chyba obraziłaby się na niego, na wieki wieków. Nawet nam (czyli mnie i Georgii) zbytnio nie chciała go pokazywać…

Niall spojrzał na mnie i posłał mi uśmiech, wyjmując jedną rękę z kieszeni spodni.

- Hej, jest Leah? Zostawiła swój szkicownik u nas… - odezwał się pierwszy Niall, a ja stanęłam naprzeciwko niego.

- Jest, ale wiesz… - zmarszczyłam brwi – Ona potrzebuje trochę czasu, by sobie uświadomić, co do ciebie czuje. – kurde, Leah mnie zabije, że w ogóle to powiedziałam.

Niall zamrugał kilka razy w bardzo szybkim tempie, jakby oszołomiony moimi słowami, a ja zrobiłam facepalma. Pięknie, Savie, coś ty narobiła?

-Ale błagam cię, cicho sza! – wyszeptałam rozgorączkowana, biorąc od niego szkicownik – Ona mnie chyba zamorduje, jak się dowie, że wypaplałam ci, że prawdopodobnie się jej podobasz.

Bam. Kolejny sekret poszedł się bujać. Na twarzy Nialla pojawił się szeroki uśmiech, tak szeroki, że prawie przypominał Jokera z filmu o Batmanie. Chyba powinnam czasami trzymać język za zębami, naprawdę. Albo w ogóle obciąć sobie język. Tak, to też dobry pomysł. Kurcze, tylko jak potem będę flirtowała z chłopakami? O tym nie pomyślałam…

- Aaa….! – Niall prawie krzyknął, gdy sobie coś przypomniał - Przekażesz jej to?

W moje ręce dostała się mała paczuszka, niezbyt ciężka, ale owinięta w kolorowy papier, tak, że nie mogłam nawet dociekać, co mogło się w niej znajdować. Spojrzałam na nią ciekawym i łapczywym wzrokiem, a Niall zaśmiał się pod nosem, widząc moją reakcję.

- Nic takiego, naprawdę. – starał się mnie przekonać, co niezbyt mu wychodziło.

- Mhm, kurcze, teraz to rozbudziłeś moja ciekawość – mruknęłam, patrząc na pudełeczko pod różnymi kątami, jakby to miało mi coś pomóc.

- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła – Niall pogroził mi palcem, a potem skierował się w stronę drzwi – Powiesz Leah, że byłem i chciałem się z nią spotkać i pogadać?

- Jasne, ale wiesz, łatwiej jak do niej zadzwonisz… – posłałam mu chytry pół uśmiech.

- Nie mam jej numeru – Niall zmarszczył brwi i trochę się zasmucił.

Pomachałam mu moja komórką przed nosem, wyciągniętą z kieszeni jeansów, a jego czy zaświeciły się jak dwie gwiazdy.

- Ale wiesz, ja mam – widziałam, jak Niall z prędkością błyskawicy wyciąga swoją komórkę i patrzy na mnie z oczekiwaniem, aż podam mu cyferki; zaśmiałam się i zaczęłam je wymieniać, nie mogąc uwierzyć, że tak łagodny i miły chłopak zakochał się w tak zimnej i obojętnej dziewczynie jak Leah, na zabój.




-----------------------------------------

I nareszcie rozdział 9! Jeszcze tylko jeden i dycha! Boże, jak ten czas leci, jeszcze niedawno wstawiała tu prolog... Aż mi się łezka w oku kręci. Dziękuję wam za wszystko. Kocham was i wasze komentarze! Jesteście dla mnie jak rodzina.... wiem, że się nie znamy, ale każde miłe słowo motywuje mnie do pisania. Dzięki wam czuję się potrzebna.

Cóż, jak przeczytałyście, relacja Niall-Leah się rozwija! Trololollollolo! I nadal nie mogę się zdecydować, czy mówić na nich Liall czy Neah. Jak myślicie?

Plus, dziękuję wam serdecznie za te 11 tys wyświetleń i 51 obserwatorów. love ya all! <3

 

piątek, 18 maja 2012

Rozdział 7:" Illusion never changed, into something real..."



MUSIC


Długo zastanawiałam się, dlaczego to robię… i nie doszłam do żadnej porządnej konkluzji. Niall był naprawdę miły – jak na mężczyznę, oczywiście. Do tego naprawdę nie obchodziło go to, jak bardzo jestem wobec niego wredna, miałam wrażenie, że spływa to po nim jak po kaczce. Tak nie powinno być. Zazwyczaj kilka moich słów wystarczyło, by jakiś chłopak zniechęcił się do mnie na dobre, ale wyglądało na to, że tak nie jest w przypadku Nialla. Sprawiał wrażenie… jakby mu naprawdę zależało. Bo w końcu kto puścił by mimo uszu, że jego płeć jest jak śmieci? Albo, że jawnie daję mu znaki, że nie chcę się z nim widzieć? Unikam go i syczę,jak tylko go widzę? On nie tylko nic sobie z tego nie robi, co lepsze wysyła mi kwiaty! I to jakie kwiaty…

Nothing’s fine, I’m torn… (…)But you crawelled beneath my veins...

Gdy zjadłam kanapki i dokończyłam herbatę, nie miała pojęcia, co robić. Wpatrywałam się w moją torebkę, mając przed oczami paczkę Black devilów i od razu podjęłam się mojemu pomysłowi. Zapytałam Niall’a, czy gdzieś tu mają balkon, bo chcę zapalić. Zanim Niall zdążył odpowiedzieć, do kuchni wkroczył Zayn, jakby specjalnie nas sprawdzając.

- Słyszałem, że chcesz zapalić, NIEZNAJOMA – zachichotał, widząc krzywą minę Niall’a, który wstał i zaczął dobierać się do lodówki i wyciągnął z niej słoik ogórków – Kolejna? Powinieneś wziąć ślub z tymi ogórkami.

Niall zmierzył go wzrokiem, mając ochotę mu coś dopiec, ale Zayn otworzył drzwi od balkonu, na który wejście było w kuchni i zrobił przejście tak, żebym ja mogła wejść pierwsza. Wzięłam z torebki papierosy i zapalniczkę i skorzystałam z pierwszeństwa przejścia, nie przepuszczając okazji by spojrzeć na Zayna nieprzyjaznym wzrokiem. Usiadłam na suchym, plastikowym krześle i patrzyłam jak pada wokoło, dziękując za zakryty balkon, na którym nie straszna mi żadna burza. Oparłam pięty na siedzeniu krzesła tak, że kolanami prawie dotykałam podbródka. Zapaliłam swojego papierosa, patrząc w dal. Nie odzywałam się do Zayna, ale widocznie nie przeszkadzało mu to, gdyż sam nawet nie starał się podtrzymać, jako takiej konwersacji, wręcz przeciwnie, milczał, spokojnie paląc swojego papierosa. Gdy zaciągnęłam się po raz pierwszy, poczułam ten delikatny smak czekolady i od razu się odprężyłam. Paliłam tylko wtedy, gdy sytuacja tego wymagała – gdy chciałam gdzieś uciec i pobyć sama lub gdy moje zdenerwowanie sięgało zenitu. Tym razem chodziło o obie rzeczy, niestety, niebiosa zesłały mi, pożal się Boże, Zayna, więc moje przemyślenia automatycznie stawały się mniej dogłębne, bo czułam stałą potrzebę obserwowania go na zapas, czy się do mnie nie zbliża.

Wypaliłam jednego, drugiego papierosa, a Zayn nadal nie ruszał się ze swojego miejsca, aż zaczęłam coś podejrzewać. Niepewnie zerknęłam na niego i zauważyłam, że patrzy się na padający deszcz, jak zahipnotyzowany. To było trochę… dziwne. Wstałam chwiejnie, chwytając się za parapet, by nie upaść. Zayn również wstał, otwierając drzwi balkonowe. W kuchni nikogo nie było. Uniosłam ze zdziwienia brwi, patrząc zdezorientowana na Zayna, który zamykał za sobą balkon.

- Pewnie kończą film w salonie – wyjaśnił, więc chyba nie pozostawało mi nic innego, tylko udać się z nim do tego salonu (wzięłam moją torebkę, by nie pozostała na ich łasce, bądź niełasce), gdzie, razem z Zaynem było… już pięciu chłopaków; wzdrygnęłam się, czując na sobie ciężar tej liczby.

Rzeczywiście, Zayn nie mylił się. Cała czwórka siedziała na ogromnej kanapie i przedrzeźniała się jak małe dzieci, robiąc dziwne miny i rozmawiając z różnymi akcentami. To było nawet… śmieszne. Niall widząc mnie, od razu się trochę opanował. Reszta chłopaków patrzyła na mnie jak na zjawę, więc stwierdziłam, że wytłumaczę im, że nie muszą się mną przejmować. To też uczyniłam, mówiąc jednym zdaniem, że mają się zachowywać, jakby mnie tam nie było i cupnęłam sobie na podłodze, w kącie, wyjmując szkicownik z torebki. Oni wrócili do swoich zajęć, a ja zaczęłam szkicować scenki rodzajowe i martwą naturę: kubek, Harry’ego, który siedział Louisowi na kolanach, Zayna patrzącego się na telewizor, paczkę papierosów na stoliku, Nialla z anielskimi skrzydłami, gitarę, konsolę… Byłam szczęśliwa w swoim świecie, dopóki nie usłyszałam krzyku Harry’ego:

- Hej, NIEZNAJOMA, chodź oglądać z nami film!

Pokręciłam przecząco głową, wracając do szkicowania Liama przytulającego się do Nialla, gdy nagle ktoś zamknął mi szkicownik, co spowodowało u mnie tylko jedną reakcję – gniew. Podniosłam głowę, widząc uśmiechniętą twarz Harry’ego i zwalczyłam ochotę uderzenia go prosto pomiędzy oczy.

- Powiedziałam, że nie chcę – rzekłam cicho, mrużąc oczy.

- Nie daj się prosić, zrobimy specjalną strefę tylko dla dziewczyn – Harry posłał mi spojrzenie jak kot ze Shreka, myśląc, że się na to nabiorę.

Westchnęłam i wstałam, wiedząc, że i tak będzie mnie męczył, dopóki się nie zgodzę, opierając się o ścianę. Harry wydał odgłos, coś na kształt: Łiiiii!  I pognał przede mną, robiąc mi miejsce na kanapie, tak, że od najbliżej siedzącego mnie Liama dzieliła mnie przestrzeń, spokojnie mogąca pomieścić jednego człowieka na kanapie w pozycji siedzącej. Louis z miną profesjonalisty włączył płytę i ukazała się czołówka jakiegoś horroru. Niezbyt mnie to ruszyło, biorąc pod uwagę, że przeżyłam w dzieciństwie swój własny horror. Lejąc się krew, krzyki, straszna muzyka – to może jest przerażające dla innych, ale nie dla mnie. Harry piszczał jak baba, a Liam starając się zapanować nad strachem, wydawał takie dźwięki, jakby ktoś zarzynał prosię, co tylko śmieszyło resztę. Po chwili chłopacy zaczęli komentować film, a ja starałam się nie zasnąć. Piaskowy dziadek sypał tym swoim proszkiem nasennym na moje oczy, ale ja dzielnie starałam się dotrwać, chociaż do końca. Niestety, mimo, że mój rozsądek krzyczał: „Nie zasypiaj w pokoju z pięcioma mężczyznami!”, to umysł tylko warknął: „Chrzanić to”  i w ten oto sposób, ułożywszy się głową wystarczająco wygodnie, zasnęłam, oddając się Morfeuszowi w objęcia i witając go jak starego przyjaciela.


***


Dopiero po chwili zauważyłem, że zasnęła. Lou narzekał na film, podczas napisów końcowych tak głośno, że myślałem, że się obudzi, ale ona spała jak zabita, zwinięta w kłębek na kanapie. Widziałem jak lekko mokre włosy spadają jej na twarz i uśmiechnąłem się lekko. Wyprosiłem chłopaków z salonu – stwierdziłem, że rzeczywiście usytuowanie jej w moim łóżku nie było by najlepsze ani dla niej ani dla Zayna czy Liama. Oczami wyobraźni zobaczyłem tą scenkę, podczas której ona wydzierała się na mnie lub, co gorsza, w ogóle się nie odzywa. Dzisiejszy wieczór należał chyba do najdziwniejszych w całym moim życiu. Po tym, jak dostałem wiadomość od Gi, że ONA wraca sama i przydałaby się jej podwózka, w mojej głowie zakiełkował dziwny plan zagarnięcia ją do naszego apartamentu. I udało się, a co chyba najważniejsze… zaczęła się do mnie w miarę normalnie odzywać. Może nadal nie przypominało to normalnej rozmowy, ale mimo wszystko… cieszyłem się, że jest lepiej. Nie wspominała nic o kwiatach, co mnie trochę zasmuciło, ale potem pomyślałem sobie, że może nie zdaje sobie sprawę z tego, że są ode mnie?

Poszedłem do naszego schowka, biorąc koc i poduszkę dla NIEJ. Rzuciłem poduszkę na drugą stronę kanapy tak, by opierała się o podłokietnik. Zadowolony swoim rzutem, zatrzymałem wzrok na NIEJ. Tu pojawiał się problem. Musiałem ją przenieść tak, by opierała się głowa o poduszkę, jednocześnie nie budząc jej. Skrzywiłem się na samą myśl o jej pięści na mojej twarzy i aż wzdrygnąłem się. Koc położyłem na fotelu i zabrałam się do dzieła. Delikatnie uniosłem ją, podtrzymując jej głowę; dumny z siebie położyłem ją na poduszce, a jej włosy rozsypały się po materiale. Zamarłem, gdy coś wymamrotała i lekko drgnęła, ale na szczęście był to fałszywy alarm. Odetchnąłem i wziąłem koc z fotela; rozłożyłem go i okryłem nim NIĄ tak szczelnie, jak się dało. Wyprostowałem się i katem oka zauważyłem JEJ szkicownik, leżący na podłodze obok torebki. Nie powinienem, ale… Schyliłem się i wziąłem go do rąk. Otworzył się tam, gdzie został wetknięty ołówek – czyli na rysunku mnie i Liama, przytulających się. Zdusiłem śmiech i przewróciłem o jedną kartkę do tyłu. Kubek, gitara, konsola, Zayn, Louis i Harry… nawet ja. Zamrugałem oczami, patrząc z niedowierzaniem na rysunek mnie z anielskimi skrzydłami. Ja? I skrzydła? Do tego w jej szkicowniku… Uśmiechnąłem się, gdy na następnej stronie zamajaczył mi rysunek ogromnego bukietu. To mogło oznaczać tylko jedno – że jej się spodobał. Zamknąłem zeszyt i położyłem go przy NIEJ. Chyba nie byłaby zadowolona, gdyby wiedziała, że go przeglądałem.

Ukucnąłem przy NIEJ, patrząc jak śpi. Wyglądała tak niewinnie… nie to, co, jak nie spała. Odgarnąłem jej kosmyk włosów z twarzy, a ona nawet nie drgnęła. Musiała mieć naprawdę mocny sen… wtedy też pomyślałem o czymś, ale strasznie bałem się, że się obudzi, a wtedy chyba nigdy by nie przyszła do nas i się do mnie nie odzywała… jednak, raz kozie śmierć. Pochyliłem się nad nią i najdelikatniej jak umiałem, musnąłem jej policzek. Od razu też odsunąłem się jak oparzony.

Am I in too deep?  Have I lost my mind?  I don't care...  You're here, tonight…

Co ja wyprawiam? Zupełnie mi odbiło? Spojrzałem na swoje odbicie w wielkim, salonowym lustrze; na moich policzkach rozlewały się dwie, purpurowe plamy, a w oczach igrały radosne ogniki. Czułem też jak serce bije mi szybciej, a ręce strasznie się pocą. Do tego ten szybki, urywany oddech… Wtedy to do mnie dotarło.

Byłem w niej zakochany.

Parsknąłem cichym śmiechem i potarłem czoło ze zdumienia. Nie może być! A jednak… Ja, Niall James Horan oficjalnie oddałem serce dziewczynie, która nawet nie zdradziła mi swojego imienia, a do tego była dla mnie niemiła. Brawo, Horan, ty to potrafisz wybrać dla siebie idealną partnerkę. Przejechałem kciukiem po dolnej wardze, zastanawiając się, co powinienem zrobić, gdy nagle zza oknem niebo przeszyła błyskawica, a potem rozległ się oszałamiający huk. ONA jak na komendę usiadła na kanapie, rozglądając się ze zdezorientowaniem po oświetlonym pomieszczeniu. Widząc mnie, najpierw pisnęła cicho, a gdy uświadomiła sobie, że to ja, opadła z powrotem na poduszkę.

- Długo śpię? – zapytała szeptem, odgarniając włosy z twarzy.

- Nie, dopiero, co przykryłem cię kocem – zachichotałem, a ONA zdziwiła się, że leży pod kocem i ma pod głową poduszkę.

Kolejny piorun. Kolejny jej pisk. Zatkała sobie uszy rękoma i skuliła się na kanapie. Niepewnie usiadłem na podłodze, opierając się plecami o kanapę, dokładnie na wysokości jej rąk. Położyła się na boku, przytykając sobie rękaw mojej bluzy do twarzy i mocno zacisnęła oczy. Dopiero wtedy zauważyłem, że drżała. Błyskawica znowu błysnęła na niebie, a ja zobaczyłem jej szeroko otwarte oczy, przepełnione strachem.

- Cii, spokojnie – wyciągnąłem rękę w jej stronę i położyłem na jej przedramieniu – To tylko burza.

- Nie boję się samej burzy – wyszeptała, a ja dopiero zorientowałem się, że po jej policzkach ciekną łzy – Boję się wspomnień, które ona powoduje.

- Opowiedz mi.

Zamknęła na chwilę oczy, ocierając łzy. Boże, jak ja sam chciałem je otrzeć! Powstrzymałem się jednak, wiedząc, że nie zostałoby to dobrze odebrane. Trwaliśmy w ciszy, która przerywał hałas kropel deszczu uderzających o szyby. Nie odpowiadała mi na tyle długo, że odebrałem jej milczenie za odmowę. Chciałem się podnieść, gdy nagle poczułem jej rękę na swoim ramieniu.

- Proszę, nie zostawiaj mnie tu samej – pisnęła błagalnie, a w jej oczach ponownie zaszkliły się łzy.

Westchnąłem, wiedząc, że bacznie obserwuje każdy mój krok; skoro chciałem być dla niej kimś więcej, nie mogłem jej zostawiać w takich chwilach. Sięgnąłem po komórkę ze swoich spodni. Dochodziła jedenasta. Niby nie byłem zmęczony, ale ONA tak. Postanowiłem, że jak zaśnie, to wrócę do siebie. Usadowiłem się wygodniej i zapytałem:

- To co robimy?

- Opowiedz mi o zespole – poprosiła, opierając podbródek na przedramieniu.

- A co chcesz wiedzieć?

- Wszystko.

Wiedziałem, że chodzi tylko o zabicie czasu, ale zacząłem opowiadać jej jak postanowiłem wystąpić w X-Factorze, jak poznałem chłopaków, jak zrobili z nas zespół. Mówiłem jej o naszych pierwszych próbach, lekcjach śpiewu, występach na żywo, o finale, potem o rozpoczęciu nagrywania płyty, wydaniu pierwszego singla, o tłumach rozwrzeszczanych fanek, które potrafiły nas stratować, by dostać, choć kawałek naszego ubrania. Tak zatopiłem się we wspomnieniach, że nawet nie zauważyłem, kiedy zasnęła, z lekkim uśmiechem na ustach. Przerwałem, gdy jej ręka zawisła obok ramienia, zupełnie bezwiednie, przez śpiącą już dziewczynę. Okazało się, że potrzebowała tylko dziesięciu minut, by zasnąć.

- I can be your hero baby, I can kiss away the pain, I will stand by you forever, you can take my breath away… - zanuciłem, głaszcząc jej przedramię, na tyle lekko, żeby nic prawie nie poczuła.

Przez chwilę czuwałem przy niej, po czym stwierdziłem, że sam też muszę się ogarnąć. Wstałem, a kolana strzyknęły mi, jakbym cierpiał na przewlekły reumatyzm. Posłałem ostatnie spojrzenie śpiącej blondynce, po czym sam udałem się na spoczynek, mając wrażenie, że będę śnił tylko o niej.

- Niall? – przeszedł mnie dreszcz, gdy wypowiedziała cicho moje imię.

- Tak? – odwróciłem się w jej stronę, zdziwiony, że nie śpi; wyglądała jakby spała…

- Leah.

Zdziwiłem się. Przeczesałem blond włosy palcami, nie wiedząc, co powiedzieć.

- Co?

- To moje imię. Jestem Leah. – wyszeptała, przewracając się na drugi bok – Dobranoc.

Uśmiechnąłem się do siebie, gasząc światło.

- Dobranoc… Leah.



----------------------------------------

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA. To jest mój drugi najukochańszy rozdział wszech czasów. I LEAH NARESZCIE WYJAWIŁA MU SWOJE IMIĘ AWWWW *___________*
Hhahaa, rozczulam się jak małe dziecko, ale jest się z czego cieszyć nooo! 

Chcę podziękować za te 19 komentarzy pod poprzednim rozdziałem i za ponad 10 tys wejść. Whooo! YEAH BUDDY.

 this says it all! <3

środa, 9 maja 2012

Rozdział 6: "I'm not something to leave behind…”




Jaką musiała być desperatką, by specjalnie skręcić kostkę? Odpowiedź brzmi: wystarczająco dużą. Po moim ostatnim spotkaniu z Niallem nie miałam zamiaru niepotrzebnie szarpać moich nerwów, które i tak już są w strzępach, biorąc pod uwagę kurację lekową. A propo leków… ostatnio właśnie myślała o tym, by po cichu je odstawić. Moja abstynencja alkoholowa powoli mnie dobijała (na szczęście biorąc te nic niedające pigułki i tak mogłam od czasu do czasu zapalić papierosa), dlatego mój umysł zaczął kombinować, jak tu, bez skutków ubocznych, powoli odzwyczaić organizm od leków. Postanowiłam, że na początek będę brała tylko jedną dziennie, zamiast dwóch, a następnie będę brała jedną na dwa dni, aż w końcu rzucę to świństwo. Może takie myślenie było lekkomyślne z mojej strony, ale nie chciałam barć czegoś, co tylko mnie zatruwa, ale nie daje żadnej poprawy!

Przez resztę dnia leżałam w łóżku, po tym jak „przypadkiem” skręciła kostkę na schodach naszego domu (tak naprawdę wystarczyło się sztucznie potknąć i ignorować ból), otaczana troskliwą opieką cioci, która już powoli miękła po wpadce z Kinią i nawet się do mnie coraz więcej odzywała, co mnie niezmiernie cieszyło. Z laptopem na kolanach i w słuchawkach na uszach, zapomniałam o otaczającym mnie świecie z zadziwiającą prędkością. Mogłam tak wegetować godzinami, gdy nagle około godziny drugiej ciocia zapukała do drzwi mojego pokoju, z zdziwioną miną.

- Kochanie, musisz zejść na chwilę na dół, coś podpisać.

Westchnęłam, jakoś uniosłam się na  poduszkach i podpierana przez ciocię, zeszłam na dół. Kompletnie zdezorientowana, patrzyłam na wielki bukiet, który ledwo mieścił się w drzwiach. Następnie przeniosłam wzrok na mężczyznę, który owy bukiet trzymał. Z jego plakietki przeczytałam, że pracował w kwiaciarni „Delaflora”, o której nigdy nie słyszałam. Wskazał drżącą ręką, gdzie ma m podpisać, a ja jak zwykle, najpierw przyjrzałam mu się podejrzliwie, a dopiero potem złożyłam podpis. Facet wcisnął w moje ręce bukiet, nawet nie patrząc na mój stan zdrowia. Przez niego wylądowałabym na ziemi, ugniatana przez olbrzymi bukiet, gdyby nie ciocia, która rzuciła mi się do pomocy.

- Matko święta, kto wysyła teraz takie wiązanki? – mruknęła ciocia, próbując ustalić, gdzie jest koniec bukietu.

Dlaczego przychodziło mi tylko jedno imię na myśl?

Gdy w miarę stabilnie stanęłam, ignorując ból w kostce, zauważyłam, że z kwiatów wypadła mała, biała karteczka. Bilecik? Z miną cierpiętnicy (każdy ruch powodował ból, a musiała jeszcze iść na uczelnię…) pochyliłam się i wzięłam go do ręki. Oparta o balustradę schodów, otworzyłam go i przeczytałam:

It doesn’t seem like much but I’m yours xx”

Patrzyłam to na bilecik, to na bukiet i ogarnęło mnie takie dziwne uczucie w okolicy serca… czyżby szczęście? Czyżby zadowolenie? Kuśtykając podążyłam za mamą, która chciała umieścić bukiet w kuchni. Poprosiłam ją, by mógł stać w moim pokoju. Zrobiłam miejsce na swoim biurku. Na szczęście żaden kwiat nie został zduszony przez ścianę i mogłam rozkoszować się tym widokiem z łóżka. Chwyciłam szkicownik, wyłączając komputer i zaczęłam rysować bukiet, starając się odzwierciedlić każdy jego detal, każdą różę. Było to prawdziwym wyzwaniem, gdyż bukiet składał się z czerwonych, różowych, białych i beżowych róż, a gdzie niegdzie odnajdywała się samotna lilia. To wszystko zostało przyozdobione jakąś trawą, sztuczną rosą i wyglądało przepięknie. Dokończyłam rysunek, dodając trochę kolorów, kredkami akwarelowymi, gdy nagle usłyszałam dzwonek do drzwi, a następnie tupot stóp na schodach. Pewnie Savie i Gi przyszły z wizytą.

Miałam uchylone drzwi, więc pierwsza weszła Savie, nagle stając w przejściu, a idąca za nią Gi wpadła na nią z impetem. Dopiero po kilku sekundach zorientowała się, dlaczego jej przyjaciółka stoi.

- Wow – tylko tyle potrafiła z siebie wyksztusić Savannah, nadal stojąc jak głaz. – Od kogo?

Przewróciłam oczami. Jakby nie wiedziała…

Podałam jej bilecik, który przeczytały z Gi jednym tchem, po czym opadły na moje łóżko z dziwnymi minami. Miałam ochotę zapytać je, o co chodzi, ale byłam zbyt zajęta kończeniem mojego szkicu.

- Jest niesamowity… - wyszeptała Georgia, wzdychając jak, jakby jednocześnie trochę żałując, że ona nie dostała czegoś takiego.

- Bukiet, czy szkic? – droczyłam się z nią, pokazując obrazek.

- Oba – Savannah podparła się na łokciach, rozwalając się na moim łóżku jak na swoim; zawsze czuła się w u mnie w domu jak u siebie.

- Idziesz dziś na zajęcia? – zapytała Gi, opierając się plecami o ścianę. – Chyba, że twoja kontuzja jest na tyle poważna, że odpuszczasz sobie dzisiaj?

- Żeby nie mieć notatek, bo wszystkie bierzecie ode mnie? Zapomnij – zaśmiałam się, mierzwiąc włosy i opadając na poduszki, kładąc szkicownik na szafce nocnej. – Poza tym, chcę dokończyć mój obraz na zajęciach z rysowania.

Przypomniał mi się mój obraz, stojący niedokończony na sztaludze… mała dziewczynka, wokół niej pełno nieznajomych, męskich twarzy. Niebieska sukienka z dzieciństwa; jedna męska twarz powtarzając się na całym obrazie… Wzdrygnęłam się i powróciłam do rzeczywistości.

- Ja nie idę, pójdę jutro – zadecydowała Savie, wyglądając jak zdechłe zwierzę, zwisając w poprzek mojego łóżka. – Może. Albo pojutrze…

- Musisz mieć minimum połowę godzin obecności, żeby przejść i do tego zdane egzaminy semestralne – przypomniała jej Gi poważnym tonem – Mam nadzieję, że pilnujesz swoich godzin?

Spojrzała na Savie, a potem obie zaczęły się śmiać.

- Jesteś niepoważna, Savie – skwitowałam, patrząc jak tarzają się ze śmiechu po moim łóżku.

- Ale za to mnie kochasz, prawda? – Savie uformowała usta dziubek, co tylko spowodowało u mnie salwę śmiechu; wyglądała przekomicznie, ale także przeuroczo.

- A ja myślałam, że za to, że zawsze przynosisz te pyszna sałatki na uczelnię – dodała Gi.

- To chyba też – starałam się zachować powagę, co w końcu mi się udało – A teraz na poważnie. Naprawdę nie wiecie, kto przesłał mi ten bukiet?

- Nie domyślasz się? – zdziwiła się Savie, a Gi kopnęła ją w łydkę – Ał, to bolało.

Gi przewróciła oczami, a ja zachichotałam.

- Nie powiemy ci, jeśli się nie domyślasz. A jeśli dobrze grasz swoją rolę to przestań i zwróć uwagę na uczucia. – podsumowała Gi.

You’ll never know all these things I feel inside, I wanna show you there’s nothing better to fight…

***

 

Byłam zła na siebie, że w ogóle przyszło mi na myśl iść na uczelnię o zwichniętej kostce. Mimo, że nie bolała już tak bardzo, gdy zażyłam leki przeciwbólowe, to i tak kuśtykałam jak Szalonooki Moody, tylko, że nie miałam laski ani tym bardziej tego dziwnego oka – za to miałam zrobiony makijaż. Savannah, tak jak powiedziała, nie poszła na zajęcia, więc musiałyśmy z Gi obejść się bez jej dobrych sałatek i zamiast tego kupiłyśmy coś dobrego w sklepie obok uczelni. Ja, Savie i Gi studiowałyśmy grafikę komputerową z elementami malarstwa. Od zawsze wiedziałam, że sztuka, to dziedzina, w której się odnajdę. Byłam na pierwszym roku, a i tak nie żałowałam swojego wyboru, bo było on wręcz perfekcyjny.

Na moje nieszczęście Gi kończyła o jedną godzinę wcześniej, bo musiała spotkać się z firmą cateringową, więc sama wracałam do domu. O ósmej wieczorem różne typy kręciły się pod naszym uniwerkiem, ale ja usilnie starałam się zamaskować strach, a właściwie przerażenie, które przesiąkło mnie do szpiku kości. Do tego, oczywiście, musiało zacząć padać, bo Londyn, nie byłby Londynem, gdyby przez dwa dni z nieba nie spadłaby ani kropla deszczu. Otuliłam się płaszczem, starając się myśleć o czymś innym, niż otaczającej mnie ciemności, a pierwsze, co przyszło mi na myśl…

„Tylko nie on!” jęknęłam w duchu, gdy w środku mnie zaczął formować się kształt przypominający JEGO twarz. Odsunęłam się od jakichkolwiek wspomnień i myśli z nim związanych i ruszyłam w stronę przystanku autobusowego, mając wrażenie, że słyszę jego głos. Pewnie znowu jakieś cholerne przewidzenie. Znowu!

Prychnęłam, trochę zwalniając, bo kostka powoli odmawiała mi posłuszeństwa. Nagle ktoś chwycił mnie za ramię, a ja odskoczyłam jak oparzona, prawie przewracając się na mokrym chodniku. Poczułam jak silne ramiona przyciągają mnie do siebie i nie pozwalają odejść. Na chwilę straciłam orientację i chwyciłam się czyjejś mokrej kurtki, by nie upaść. Oddychałam szybko, a tysiące myśli przechodziło mi przez umysł z prędkością światła. Potem obudziłam się; przecież jestem w czyichś ramionach!

Powoli zadarłam głowę do góry, a krople wody skapywały mi na twarz, zapewne rozmazując mi makijaż. Zobaczyłam parę jasnoniebieskich oczu… i odepchnęłam GO, wyswobadzając się z jego ramion.

- Co ty tu robisz? – warknęłam, krzyżując ręce na klatce piersiowej i wbijając morderczy wzrok w jego twarz.

- Gi dała mi znak, że sama wracasz z uczelni i poprosiła mnie, bym cię odwiózł do domu – mimo mojego wrogiego nastawienia, Niall wydawał się wyluzowany; ba, nawet się uśmiechał!

- Poradzę sobie sama, dziękuję – rzekłam, już mniej lodowatym tonem, gdy nagle nad nami rozległ się huk pioruna.

Pisnęłam jak mała dziewczynka, zakrywając uszy rękoma. Nienawidziłam burzy, bałam się jej nie bardziej niż mężczyzn. Od kiedy pamiętam, zawsze chowałam się pod stół podczas burzy i nikt nie był w stanie mnie spod niego wyciągnąć. Niall widząc, że się boję, wyciągnął w moją stronę rękę, jakby chciał mnie zagarnąć do siebie. Patrzyłam na niego, jakbym zobaczyła ducha.

- Niech ci będzie – powiedziałam w końcu, ciskając ręce tak, że opadały mi wzdłuż ciała – Gdzie jest twoje auto?

Niall wskazał srebrne, nieco ubrudzone volvo, a ja ruszyłam w jego stronę. Samochód był otwarty, więc wpakowałam się na siedzenie pasażera i zapięłam pas, odgarniając mokre włosy z twarzy. Cała byłam przemoczona, tak samo jak Niall. Widziałam jak kropelki wody skapują mu z brody na kolana. Moczył się tylko po to, by wsiadła do jego auta? Niedorzeczność…

Ruszyliśmy, a ja już chciałam podać adres, gdy Niall mruknął, że wie, gdzie ma jechać. Więc stwierdziłam, że nie będę się do niego już odzywała. Oparłam czoło o zimną szybę auta, patrząc na przejeżdżające obok nas pojazdy, na ludzi idących z parasolkami po chodniku, nie wiadomo gdzie. Nie liczyłam minut jazdy, ale gdy silnik zgasł, wiedziałam, że to koniec naszej podróży. Mimo, że nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego słowa, czułam jego wzrok oraz obecność na sobie.

- Jesteśmy – usłyszałam jego głos i podniosłam głowę.

Coś mi się nie zgadzało… Rozejrzałam się niespokojnie, dopiero po kilku sekundach zdając sobie sprawę, że… nie jesteśmy pod moim domem! Ogarnęła mnie furia, ale także strach – gdzie Niall mógł mnie wywieść?!

- To nie jest mój dom – wycedziłam przez zęby.

- Nie, ale pada, a kończy mi się paliwo, bo Liam zapomniał zatankować, więc do twojego domu raczej nie dojedziemy – miałam ochotę zedrzeć mu ten głupiutki uśmieszek z twarzy, ale zamiast tego wyszłam, trzaskając drzwiami.

- Jadę do domu! – prawie krzyknęłam i ruszyłam chodnikiem, ale powstrzymała mnie ręka Nialla, zaciskająca się na moim nadgarstku.

- Jest burza, pada deszcz, to trochę nierozsądnie wracać do domu samemu, nie sądzisz? – mówił wszystko ze spokojem, jakby już wcześniej to sobie zaplanował.

Jednak miał rację. Niechętnie przyznawałam się do tego, ale wyglądało na to, że nie miałam wyboru. Zacisnęłam wargi tak, że tworzyły cienką linię, a potem rzekłam do niego:

- Ale masz mnie puścić.

Niall od razu cofnął rękę i ruszył w stronę drzwi domu, a nieśmiały uśmiech majaczył mu na ustach. Otworzył mi drzwi, zapraszając do środka; recepcjonistki już nie było. Niall prowadził do mieszkania, które dzielił z chłopakami, nie mówiąc ani słowa, ale w tym wypadku wydawało mi się, że są one zbędne. Gdy odnalazł dobry kluczyk, włożył go w zamek i przekręcił; drzwi otworzyły się, a do naszych uszu dobiegł czyjś przeraźliwy krzyk. Niall wparował mieszkania, prosząc mnie bym się rozgościła i ruszył w stronę źródła owego wrzasku.

Zdjęłam przemoczony płaszcz i buty, a potem niepewnie, nadal utykając weszłam głębiej w pomieszczenie, zamykając najpierw drzwi od środka, by nikt nie wszedł. Stanęłam w drzwiach salonu, widząc jak Zayn, Liam siedzą na kanapie, a Louis z Harrym leżą w dziwnej pozycji na podłodze, śmiejąc się. Niall stał w pewnej odległości od nich, drapiąc się po głowie. Jako pierwszy zauważył mnie Zayn i posłał uśmiech w moją stronę.

- Hej, NIEZNAJOMA.

Skrzywiłam się, ale pomachałam mu ręką. Przede mną pojawił się Niall z ręcznikami w ręce.

- Chodźmy do góry, jesteś przemoczona – wskazał ręką schody, a ja powoli zaczęłam wchodzić, zważywszy, że kostka nadal mnie bolała.

Niall zaprowadził mnie do łazienki, podając ręcznik.

- Zaraz znajdę dla ciebie jakieś ciuchy – i odszedł, a ja spojrzałam na siebie w lustrze i przeraziłam się.

Tusz rozmazał mi się pod oczami, więc powoli zaczęłam go zmywać, uważając, by nie zostawić czarnych smug na policzkach. Robiłam to z takim zapamiętaniem, że nawet nie zauważyłam, jak Niall stanął we framudze drzwi, przypatrując mi się. Chrząknęłam, a on drgnął, jakby się obudził. Położył mi kupkę materiału na zamkniętej klapie toalety.

- Spodnie Harry’ego i moja bluza, mam nadzieję, że będą dobre – powiedział, wahając się, jakby chciał coś dodać, ale ja dałam mu znak ręka, by wyszedł, co też uczynił zamykając za sobą drzwi.

Wyskoczyłam z ubrań, a na poły mokrą bieliznę powiesiłam na kaloryferze, by choć trochę się wysuszyła; bandaż, którym miałam owinięta kostkę praktycznie do niczego już się nie nadawał. Gdy poczułam na sobie gorącą wodę, od razu się rozluźniłam. Spłukałam cały brud dnia dzisiejszego. Gdy skończyłam, owinęłam się puchowym ręcznikiem w kolorze lawendowym i wytarłam się porządnie. Na suche już ciało założyłam prawie suchą bieliznę i to, co dał mi Niall. Gdy wkładałam bluzę przez głowę, do nosa doszedł mnie jego zapach, którym owa bluza była przesiąknięta. Prychnęłam, gdy przeszedł on do mojej głowy i trzymając ręcznik w jednej z rąk, zaczęłam suszyć nim włosy. Nawet jak były mokre, pozostawały proste jak drut – jedynie końcówki lekko się kręciły. Otworzyłam drzwi od łazienki z najlepszym humorem, jaki miałam tego dnia. Od razu przede mną stanął też Niall, mając skupioną minę, jakby się nad czymś zastanawiał.

- Zrobiłem ci herbatę, jest na dole – zlustrował mnie niepewnie.

- Mogę gdzieś powiesić moje mokre ubrania? – zapytałam, patrząc za siebie.

- Zostaw je tam, Liam coś z nimi zrobi.

Zeszliśmy na dół, do kuchni, gdzie rzeczywiście, czekała na mnie herbata i talerz z kanapkami. Zdziwiłam się, ale usiadłam przy stole, podwijając nogi pod brodę. Przypatrzyłam się mojej kostce, która nadal była dosyć mocno napuchnięta i spytałam:

- Macie może bandaż elastyczny? Muszę obwinąć sobie kostkę.

Niall rzucił się do szafki z lekami jak głupi, chyba po raz pierwszy wywołując na mojej twarzy lekki uśmiech. Nie wiem, czy nie chciałam się przed sobą do tego przyznać, czy po prostu bałam się, że… powoli zaczynam go lubić. Niall strasznie się starał, mimo, że byłam dla niego taka wredna… od razu też zrobiło mi się głupio za swoje zachowanie. Niall podał mi bandaż, a ja zaczęłam z zapamiętaniem zawijać sobie kostkę, tak jak uczyła mnie pani doktor w szpitalu. Na końcu chwyciłam dziwny, metalowy spinacz i próbowałam zahaczyć o niego końcówkę bandaża.

- Daj, pomogę ci – widząc, że sobie nie radzę, Niall uklęknął przy mnie i wziął mi z ręki zapinkę. Postawił sobie moją owiniętą bandażem stopę na swoim kolanie i zgrabnym ruchem zapiął ją tak, że ani nie uciskała ani nie była za luźna. Poruszył moją kostką delikatnie, jakby upewniając się, że wszystko w porządku, a potem westchnął i opuścił ją na kafelki.

- Dziękuję – wyszeptałam, patrząc na niego.

Zawahałam się i w końcu… zrobiłam to. Uśmiechnęłam się do niego lekko. Widząc to, Niall przez chwilę patrzył się na mnie jakbym stała się kosmitką, a potem odwzajemnił uśmiech.

- Nie za mocno? – zapytał, siadając obok mnie, wskazując brodą kostkę.

- Nie, idealnie – chwyciłam w dłonie kubek z herbatą i upiłam trochę; miała delikatny posmak trawy cytrynowej.

- Nie wiedziałem, czy lubisz zieloną, to jedyna, jaką mamy – blondyn zmierzwił sobie włosy z lekkim zakłopotaniem. – Jakby co, mogę jeszcze skoczyć do sklepu obok…

- Nie, nie musisz, uwielbiam zielona herbatę – powstrzymałam go, widząc, że jest na tyle zdeterminowany, że poszedłby w tą ulewę. – Dziękuję za wszystko.

Niall zdziwił się kompletnie, widząc, że zmieniłam swoje nastawienie do niego o sto osiemdziesiąt stopni. Wbiłam wzrok w podłogę, nie za bardzo wiedząc, co powiedzieć. Powinnam? Odłożyłam kubek z powrotem na stolik i wtedy piorun mnie strzelił, gdy sobie przypomniałam… że przecież ciocia nadal nie wiedziała, gdzie jestem! Wstałam tak nagle, że nawet Niall się przestraszył moją reakcją.

- Boże – wyszeptałam z palcami na ustach – Muszę zadzwonić do cioci, żeby się nie martwiła, że mnie nie ma jeszcze w domu!

- Gdzie masz torbę? Przyniosę ci telefon – zaoferował Niall.

- Jest przy wieszaku na płaszcze… – powiedziałam, ale zanim zdążyłam dodać, gdzie konkretnie, Niall już biegł po moją własność, choćby za cenę własnego życia. Po chwili wrócił z moją ogromną, kremową torebką i wręczył mi ją prosto do rąk.

Grzebałam w niej kilka sekund, po czym wykręciła numer do cioci, skubiąc nerwowo paznokieć. Odebrała po kilku sygnałach, pytając się, dlaczego jeszcze mnie nie ma. Starałam się trochę podkoloryzować sytuację, mówiąc, że jestem u Savie, bo ona chciała jeszcze ode mnie skserować notatki z malarstwa, gdy nagle rozpętała się burza. Ciocia uwierzyła w moją mało przekonującą bajeczkę i powiedziała, że dojazd może zająć mi strasznie dużo czasu, więc najlepszym rozwiązaniem jest przenocowanie u niej. Oczywiście przytaknęłam, żeby nic się nie wydało; jęknęłam, gdy zakończyła połączenie. Napotkawszy pytające spojrzenie Nialla, wyjaśniłam cicho:

- Moja ciocia myśli, że śpię w Savie… sama to zaproponowała. Będę musiała się jakoś do niej dostać. – oparłam się o stół, a mokre włosy opadły mi na twarz.

- Możesz przenocować u nas, chłopaki na pewno się zgodzą – zaproponował Niall, po chwili rumieniąc się ze swojej propozycji – Jeśli nie chcesz, to zrozumiem i odwiozę cię do Savannah… - chyba kompletnie zapomniał o braku paliwa w swoim volvo; Savannah mieszkała prawie na drugim końcu miasta.

- Nie, chyba w tej sytuacji to jedyne wyjście – mruknęłam, znowu robiąc łyk herbaty. – Nie chcę robić kłopotu.

- Nie robisz, naprawdę. – Niall powiedział to tak szybko, że aż zwątpiłam; kto w końcu chciałby gościć zupełnie nieznaną i do tego wredną dziewczynę u siebie? – Możesz spać w moim łóżku…

Skrzywiłam się.

- Prześpię się na kanapie. Pewnie z kimś śpisz w pokoju?

- Tylko z Liamem i Zaynem, ale….

- No właśnie, TYLKO… - burknęłam, wyobrażając sobie mój „sen” w jednym pokoju z dwoma chłopakami – Uwierz mi i dla nich i dla mnie lepiej będzie, jak prześpię się na kanapie.

Zaczęłam wyciągać wszystkie rzeczy z mojej torebki, patrząc, czy nie są przemoczone. Na szczęście paczka czekoladowych Black Devilów pozostała sucha, tak samo jak szkicownik i przybory do malowania oraz moje notatki. Niall dziwił się coraz bardziej z każdą rzeczą, która odnajdywała światło dzienne. Nawet nie zauważyłam, gdy Niall zaczął przeglądać mój szkicownik. Zmarszczyłam brwi i wyrwałam mu go z rąk, pozostawiając Nialla z wyrazem zdezorientowania na twarzy.

- To jest moja prywatna rzecz – syknęłam, chowając szkicownik z powrotem do torebki.

- Niesamowicie rysujesz – odezwał się Niall, nie spuszczając wzroku ze mnie – Co studiujesz?

- Grafikę komputerową z malarstwem.

Niall nie mówił nic więcej, ale miałam wrażenie, że rozmyśla o tym, podczas gdy ja zajęłam się kanapkami, które dla mnie przygotował. Były… dobre. Po chwili do kuchni wpadł Harry, przyglądając się nam podejrzliwie znad bujnej grzywki, która prawie zasłaniała mu jedno oko.

- Widzę, że ktoś tu się przekonał do facetów, co? – wyszczerzył dwa rzędy swoich śnieżnobiałych ząbków w uśmiechu.

- Nie prowokuj mnie – warknęłam i trzepnęłam go dosyć mocno w ramię, dając mu do zrozumienia, że nie tak łatwo jest mnie przekonać.

Harry zaśmiał się i pokręcił z niedowierzaniem głową. Po chwili dotarło do mnie, z czego się tak śmieje. Po raz pierwszy, od kiedy go znam, odezwałam się do niego. Sukces czy porażka?

- Nie przyzwyczajaj się – rzekłam chłodnym tonem, ale widziałam, że Harry cały czas się uśmiecha.


 -------------------------------------

Muszę przyznać, że ten rozdział jest jednym z moich ulubionych. Dlaczego? Może dlatego, że w Leah pojawia się mały, maluteńki, możne niewidoczny dla niektórych, zalążek uczucia do Nialla. Jednak czy ten zalążek przemieni się w kwiat? Czytajcie dalej :)

Chciałam podziękować za wszystkie komentarze, ponad 9 tys wejść i 42 obserwatorów. Jesteście genialni <3 love ya all!

tt @Pauline__1994
gg 4441489