sobota, 28 kwietnia 2012

Rozdział 5: "And though I may not look like much I'm yours…"



 
                          
Obudziła mnie komórka, wygrywająca piosenkę One Direction, Stand Up, gdy nagle do mojego pokoju wparowała gosposia, chyba trzecia w tym tygodniu, którą zatrudniła moja godna pożałowania macocha, oznajmiając mi, że Georgia czeka u moich drzwi. Która mogła być godzina, że nawet Gi nie spała? Spojrzałam na komórkę i jęknęłam, gdy zobaczyłam, że jest już jedenasta i mam dwa nieodebrane połączenia od Gi. Jęknęłam, padając na łóżko, jednak po chwili podniosłam się, słysząc kroki przyjaciółki na korytarzu.

Szybko zdjęłam z siebie satynową koszulkę i szorty, zostając w bieliźnie i naciągnęłam na siebie obcisłe marmurki i pierwszą, lepszą bluzkę, która przyciągnęła mój wzrok w ogromnej szafie. Akurat, gdy zaczęłam czesać włosy, do mojego pokoju weszła, oczywiście bez pukania, Gi, trzymając  się pod boki i mrucząc coś do siebie z typowym dla niej, niezadowoleniem.

Tupała nogą, patrząc jak doprowadzam się do porządku, a gdy skończyłam czesać włosy i upięłam je w wysoką kitkę, odezwała się:

- Miałaś zamiar przespać cały dzień?

- Teoretycznie tak – uśmiechnęłam się, żartując – Ale nie rozumiem, dlaczego tak się do mnie dobijałaś i tu jesteś, skoro spotkanie mamy dopiero na pierwszą…

- Harry dzwonił do mnie i prosił o przeniesienie na jedenastą trzydzieści – skrzywiła się Gi, widocznie tak samo zadowolona, jak ja – Dlatego musimy się zbierać, bo jeszcze się spóźnimy. Co mu tak nagle odbiło?!

- Pewnie Niall go namówił – westchnęłam, stojąc przed lustrem, tuszując rzęsy. – Widziałaś jak on wczoraj patrzył na Leah? Jakby zobaczył bóstwo.

- A Leah jak zwykle, księżniczka lodu i opanowania – zachichotała Gi, siadając na pufie, patrząc jak się maluję – Ona chyba nigdy nie będzie miała chłopaka.

- Przecież wiesz, jaka ona jest. Nienawidzi chłopaków – przewróciłam oczami – I ty myślisz, że robi na niej wrażenie to, że Niall jest sławny? Traktuje go jak każdego innego chłopaka!

- A jak go ma traktować, co? Znam Harry’ego od pieluszek i nadal uważam, że ani jego ani tych jego kumpli nie należy traktować jak wielkie gwiazdy. Też są przecież ludźmi – stwierdziła Gi, wzdychając – Wolniej się nie da malować?

- Bo wyjadę! – zaskomlałam, robiąc drugą kreskę na powiece… i już. – Okej, zjemy coś na mieście, skoro ci się tak śpieszy… Leah zje z nami?

- Zadzwoniła do mnie, że nie może się z nami spotkać w Sevizie, bo skręciła kostkę. Naprawdę, tym razem nie ściemniała – uniosłam brwi ze zdziwienia – Trzeba ją odwiedzić w domu, jak tylko uwiniemy się z chłopakami.

- Myślisz, że umyślnie skręciła tą kostkę, by się wymigać? – spytałam, zamierając przed lustrem.

Gi spojrzała na mnie jak na wariatkę.

- Savie, znamy Leah od ponad roku. Można powiedzieć, że jest dziwna, mało towarzyska, czasami wredna, ale można na niej polegać  - rzekła z przekonaniem Georgia – Ale obie również wiemy, że Leah nie jest głupia. Nie sądzę, żeby była na tyle niemądra, by specjalnie coś sobie zrobić.

- Fakt, to do niej niepodobne – machnęłam ręką, wstydząc się, że w ogóle mogłam sobie coś takiego pomyśleć – Chodźmy już, żeby nie musieli na nas czekać.

Po czym w ekspresowym tempie znalazłyśmy się w moim garbusie i ruszyłyśmy do Sevizy, po drodze wpadając do naszego ulubionego baru sałatkowego, gdzie zamówiłyśmy coś pysznego i jednocześnie niezbyt kalorycznego (musiałam w końcu wbić się w obcisła sukienkę na urodziny Goergii!), ale na tyle sytego, bym nie musiała latać i dojadać aż do obiadu. Jedząc, zobaczyłam czarne ściany budynku, w którym mieścił się klub i wyobrażałam sobie, jak cudowna będzie impreza urodzinowa Gi. Dziewiętnaście lat… to już było coś. Ja swoją dziewiętnastkę obchodziła niezbyt hucznie, było tylko jakieś…. Haha, co ja siebie oszukuję! Moja dziewiętnastka to było prawdziwe szaleństwo; zabawa do białego rana (niestety większość wieczoru gdzieś mi, hi hi, że tak powiem, uleciała z pamięci), dużo szampana, przystojni striptizerzy (Gi zamówiła dwóch, by robili za żywy prezent urodzinowy!), mnóstwo jedzenia i chyba w trzysta osób, którzy zaprosili jeszcze swoich znajomych… Co się wtedy działo!

Wyszłyśmy z auta, które Gi zablokowała jednym kliknięciem na karcie, robiącej za kluczyk i weszłyśmy do środka Sevizy, zachwycając się przedsionkiem, wyłożonym wielkimi, czarnymi kafelkami. Przywitała nas recepcjonistka, pytając, w czy może nam pomóc. Gi powiedziała o rezerwacji oraz o spotkaniu z chłopakami, a młoda dziewczyna pokazała nam, w którą stronę trzeba iść, by znaleźć się w sali wynajętą przez Gi.

Sala okazała się jeszcze bardziej dostojna i ekskluzywna, niż przedsionek. Duży parkiet, duża scena, bar z niezliczoną ilością alkoholu… Już na tym etapie zapowiadało się nieźle. Z daleka zobaczyłam chłopaków, opierających się o brzeg sceny i rozmawiających o czymś żywo. Moją uwagę przykuł, oczywiście, Zayn. Od kiedy spotkałam go kilka dni temu w domu One Direction (wciąż nie mogłam uwierzyć w to, że tam byłam!), moje zauroczenie nim wzrosło. Wiedziałam jednak, że muszę być ostrożna… Nigdy nie wiadomo.

Ech, robię się już zupełnie jak Leah.


***

Widziałem jak Niall obgryza ze zdenerwowania paznokcie i coś w środku mnie zaśmiało się kwaśno, przyglądając się temu widokowi. Od kiedy Niall się tak denerwował? Owszem, należał do bardzo wrażliwych osób, ale nigdy, żadna dziewczyna nie doprowadziła go na taką skrajność w zaledwie kilka dni. Kilka ciężkich dni, tak na marginesie. O niczym innym nie mówił; o dziwo, nawet mało jadł, mniej ode mnie, a ten fakt powodował, że myśleliśmy, iż się czymś zatruł lub, co gorsza, jest chory. Ale to Leah tak na niego działała; powoli zabijała go od środka.

Zastanawiałem się, co on w niej takiego widzi? Nadal po naszej rozmowie rano, gdy poprosiłem go, by wybrał się do Tesco, nie potrafiłem tego ustalić. Po moim pytaniu jakby zawiesił się na chwilę, a potem poprosił o przeniesienie spotkania. Najdziwniejsze była jednak jego odpowiedź, dlaczego to robi. Bo chce uratować czyjeś życie. Czyżby życie Lei? Po co ratować życie komuś, to ma nadal przed sobą jakieś kilkadziesiąt lat życia? Nadal nie mogłem tego pojąć i z lekką dezaprobatą patrzyłem na fascynację naszego blondynka tą Leah.

Leah nie wyróżniała się zbytnio. Może jedynie tym, że przypominała głaz i raczej się nie odzywała. Ciekawiło mnie, czy ona w ogóle potrafi się śmiać? Wyglądała na taką bez uczuć…

Z rozmyślań wyrwały mnie krzyki Gi, która rzuciła się Harry’emu w ramiona. Widać było, że znają się naprawdę dobrze już od najmłodszych lat i są dla siebie jak rodzeństwo.

- Cześć! – Gi zarzuciła mi ręce na szyję, a ja zaśmiałem się cicho, dziwiąc się jej wylewnością; była zupełnie tak samo spontaniczna jak Lou.

- Miło cię znowu widzieć – odezwałem się.

- Mówiłam, że niedługo się spotkamy? – zaszczebiotała Savannah, widocznie przełączając się w tryb „fan girl”, ale na szczęście nie była w nim niebezpieczna, jak niektóre fanki. – I proszę, oto jesteśmy!

Niall rozejrzał się niespokojnie po sali, przygryzając dolną wargę w zamyśleniu.

- A nie ma z wami, wiecie… JEJ? – zaakcentowałem ostatnie słowo, gdyż one też zostały wciągnięte w grę „Niewiedza Nialla” i bawiły się nie lepiej od 4/5 One Direction.

Niall od razu nastawił uszu, jak tresowany seter, który zlokalizował zwierzynę.

- Nie, niestety, skręciła kostkę i nie mogła się z nami spotkać – widać było, że Gi martwiła się o swoją przyjaciółkę – Mamy zamiar ją odwiedzić dzisiaj.

- Mogę jechać z wami? – wypalił Niall, najpierw, jak zwykle, coś robiąc, a dopiero potem myśląc.

Widziałem jak Zayn, Harry i Lou robią jednocześnie facepalma, dokładnie w tym samym czasie, gdy ja go zrobiłem. Co za telepatia, drodzy państwa! Haha, jednak jesteśmy dla siebie stworzeni…

- Eee, nie obraź się Niall, ale jakby ci to powiedzieć… - Gi chciała być delikatna, by nie urazić wątłych uczuć Nialla, ale wyręczył ją Lou, oczywiście nie zaskakując chłopaków swoja bezpośredniością.

- Ona nie chce cię widzieć, stary, pogódź się z tym – gdy tylko to powiedział, posłałem Louisowi karcące spojrzenie; ktoś musi im przecież powiedzieć, co jest dobre, a co niekoniecznie… dlatego zostałem przechrzczony z Liama na Daddy’ego.

- Louis! – skarciłem go, widząc, że mina Nialla jakby zrzedła.

- Nie, Liam, on ma rację. – mruknął zrezygnowany Niall, opuszczając głowę – Co ja sobie wyobrażałem…?

- Wiesz… - Georgia podeszła do niego, kładąc mu rękę na ramieniu – Może to cię nie pocieszy, ale jesteś pierwszym chłopakiem, któremu podała rękę i z jakim jako tako rozmawia…

- Jeśli jej kąśliwe uwagi i odpowiedzi można uznać za rozmowę – skrzywił się Niall, trochę jednak się rozpromieniając po informacjach, jakich udzieliła mu Gi.

- Uwierz mi, ona naprawdę dużo przeszła… i to jest wystarczająco dziwne, że i tak cos do ciebie mówi! – przekonywała go dalej Gi; do tego dołączyła się do niej Savannah.

- Niall, jesteś genialnym chłopakiem i jeśli ci na niej zależy, to musisz jej to pokazać, bo ona raczej nigdy nie była dobra w okazywaniu pozytywnych uczuć, nawet w stosunku do nas, NAS, swoich najlepszych przyjaciółek, rozumiesz? Więc, jeśli naprawdę chcesz do niej dotrzeć, to zrób to! Walcz! Jesteś 1/5 One Direction! Twój taniec irlandzki ocieka seksownością, a do tego, gdy jednocześnie grasz na gitarze i śpiewasz, miliony dziewczyn dostaje ciarek na plecach! One w ciebie wierzą i ja także. Dlatego teraz ruszysz do jej domu, wtargniesz tam i nie wyjdziesz, dopóki nie zdradzi ci twojego imienia lub się z tobą nie umówi!

Niall uśmiechnął się szczerze i widoczne było to, że słowa Savie naprawdę podniosły go na duchu; od razu też odetchnął głęboko i oznajmił nam:

- Przepraszam państwa, ale ten irlandzki seksowny tancerz i piosenkarz w jednym ma ważną rzecz do zrobienia!  - i ruszył w kierunku wyjścia, gdy zatrzymał go Harry.

- Stary, przecież ty nawet nie masz jej adresu!

Wszyscy, włącznie ze mną, zaśmiali się głośno, gdy Niall zawracał i stanął przed Gi z telefonem, gotowy zapisać adres domu. Georgia, powstrzymując śmiech, podała ulicę i numer domu, po czym, gdy nasz „irlandzka seks bomba” biegła do swojego auta, wybuchła tak zaraźliwym śmiechem, że przez następne minuty nie mogliśmy się opanować.

Miałem nadzieję, że Niallowa „Mission Impossible” szybko przybierze obrót „Mission Possible”, co patrząc na to, jaką dziewczyną jest Leah, mogło zająć naprawdę długo. Jedyne, co nam pozostawało, to wierzyć, że mu się uda.

Ja wierzyłem.


***


Z szybko bijącym sercem jechałem w stronę domu, do którego miałem adres. W głowie mi szumiało, ale cieszyłem się tak, jakbym właśnie odebrać milion funtów z wygranej w totka. Teoretycznie ten adres, zapisany w mojej komórce miał dla mnie taka wartość. Miliona funtów, jeżeli nie więcej. Chwila, więcej. Był bezcenny.

Zastanawiałem się, co jej powiem, jak ona zareaguje. Układałem jakieś tysiąc różnych scenariuszy w mojej głowie, ale żaden nie wydawał mi się wystarczająco dobry, by wcielić go w życie. Były denne, taka prawda. Niby mówi się, że spontaniczność jest najlepsza, ale przy dziewczynie takiej jak ONA spontaniczność zostaje od razu zgaszona jak lont płonącej świecy. Brutalnie zgaszona. Prychnąłem, śmiejąc się z siebie w duchu. Dlaczego zachowuję się jak głupek? Przecież to tylko dziewczyna. Zupełnie nieznana mi dziewczyna…

I may not have the softest touch, I may not say the words as such, and though I may not look like much, I'm yours, and though my edges may be rough, and never feel I'm quite enough, it may not seem like very much but I'm yours…

Czułem się tak, jakby ktoś oderwał kawałek mojej duszy i przyczepił do jej zrozpaczonych i zmęczonych oczu. Jakby ktoś stwierdził, że sam nie jestem w stanie kontrolować mojej wolnej woli, dlatego powierzył ją JEJ. Dlaczego właśnie JEJ? Kim ona takim była, by bawić się właśnie mną…?

Odliczałem domy na ulicy, gdy nagle natrafiłem na ten, należący do NIEJ. Upewniłem się, że to ten numer, a gdy po raz dziesiąty sprawdziłem, byłem pewny. To był jej dom. Niezbyt okazały, ale wyglądający na przyjazny i pełen miłości. Jak taki dom mógł wydać kogoś takiego nieczułego jak ONA? Widziałem, że w salonie ktoś jest. Dziecko, najwyżej dziesięcioletnie. Zupełnie niepodobne od NIEJ. Może to jej brat?

Nagle przed dom wyszła kobieta, niosąc mały worek śmieci. Wrzuciła go do kubła, po czym, otrzepując ręce, wróciła do domu, zostawiając lekko uchylone drzwi. Jakby nie bała się napaści. Jakby nie dbała o to, czy ktoś ją okradnie…

Ścisnąłem ręce w pięści, powtarzając sobie, że dam radę, ale gdy tylko uchyliłem drzwi od auta, automatycznie je zatrzasnąłem. Ogarnął mnie taki lęk. Tchórzyłem na samą myśl, że spotkam ją twarzą w twarz. Patrzyłem na okolicę, czekając na znak. Wtem, mój wzrok zatrzymał się na bilbordzie, który głosił, że w kwiaciarni jest przecena na zamówienie telefoniczne. Wykręciłem numer, podany na bilbordzie. Po trzech sygnałach odezwał się miły, kobiecy głos.

- Dzień dobry, Kwiaciarnia Delaflora, czym mogę służyć?

- Dzień dobry, chciałbym zamówić bukiet, na dzisiaj, na podany adres…. – gdy skończyłem go dyktować, pani zapytała o moje dane – Miałbym prośbę… czy adresatowi można nie zdradzać , że to ode mnie jest ten bukiet? To ma być niespodzianka.

- Oczywiście – odetchnąłem z ulgą i podałem to, co było potrzebne – O jaki konkretnie bukiet panu chodzi? Jakieś cenowe ograniczenia? Wybrane kwiaty?

- Obojętnie, byle był ogromny… może z różnych kolorów, ale muszą być róże lub lilie – rzekłem, trochę spokojniejszy. – Cena nie gra roli. Zdaje się na pani firmę.

- Dobrze, o której mamy dostarczyć bukiet?

- Jak najszybciej – miałem wrażenie, że ogarnia mnie gorączka.

- Powinien być gotowy w przeciągu dwóch godzin – oznajmiła miła pani, a ja poczułem, że moje serce sobie gdzieś odlatuje i nieprędko wróci.  – Dołączyć bilecik?

- Tak… niech będzie na nim napisane: „It doesn’t seem like much but I’m yours xx”

- Oczywiście, wszystko zostało zapisane.

- Dobrze, idealnie. Dziękuję i do widzenia.

- Do widzenia, rachunek przyślemy pocztą – pożegnała się ze mną kwiaciarka i rozłączyłem się.

Oparłem się całym ciałem na siedzenie, wzdychając. Ostatni raz spojrzałem na JEJ dom i zapaliłem silnik. Byłem geniuszem.

Ale tchórzliwym geniuszem”, dodałem w myśli, odjeżdżając.





-----------------------------------------

TRUTUTUTUTUTUUTUTU I JEST PIĄTECZKAAA! <3  Dostajecie ją, gdyż mam bardzo dobry humor przez mój dzisiejszy wyjazdy ze szkołą do Anglii <3 Boże, będę jeden dzień w Londynie to chyba wykupię wszystkie gadżety z 1D *_______* 
Chciałam również podziękować tym 19 osobom, które skomentowały poprzedni rozdział. Dziękuję też moim 36 obserwatorom (strasznie się was tu zaroiło ohohohoh!) i dziękuję za ponad 6 tys wejść!
Follow @Pauline__1994 lub piszcie na gg 4441489 chętnie odpowiem na pytania :)


+ CZY TYLKO JA UWIELBIAŁAM THE SCRIPT ZANIM SIĘ DOWIEDZIAŁAM, ŻE LIAM ICH SŁUCHA? *__________*

wtorek, 17 kwietnia 2012

Rozdział 4: „ I do my best not to want you, but I do all the time…”



Znów miałam ten sam, pokręcony sen. Śniło mi się, że jestem w szerokim polu, ale nade mną nie było nieba, tylko czarna otchłań, która w każdej chwili mogłaby mnie połknąć. Siedziałam pod drzewem, jedynym drzewem i czekałam. Czekałam cierpliwie na coś, o czy nie miałam pojęcia, ale czułam w środku, że powinnam tam być i czekać. Zdawało mi się, że co chwilę ktoś mnie dotyka nieprzyjemnie po kostkach i nadgarstkach, a że miałam na sobie znienawidzoną sukienkę z dzieciństwa w niebieskie kwiaty, trudno było mi się okryć na tyle, by nie czuć tego dotyku. Miałam wrażenie, że każde muśnięcie jest tak dotyk rozżarzonego węgla - paliło niemiłosiernie, nie zostawiając jednak śladów. W końcu cos zamajaczyło w oddali. Kształty, wyglądające na znajome… nawet bardzo znajome.

Zdziwiłam się, gdy postać przybliżyła się. To był Niall. Miał na sobie białą, rozpiętą koszulę z podwiniętymi rękawami i ciemne jeansy. Ręce trzymał w kieszeniach i uśmiechał się przyjaźnie. Chciała do niego podbiec i go przytulić, tak mocno, jak nigdy. Od kiedy chcę przytulić mężczyznę? To aż dziwne… chcę podejść, ale on robi to za mnie. Hipnotyzuje mnie jego uśmiech, jego niebieskie oczy. Nie widzę nic poza nimi. Zamyka ramiona na mojej talii, a ja czuję się taka bezpieczna… Chcę spojrzeć na niego i powiedzieć, jak bardzo go potrzebuję… I widzę coś, od czego twarz mi tężeje.

Twarz Nialla powoli zmienia się w twarz mojego biologicznego ojca. Pamiętam ją dobrze, aż za dobrze. Wyrywam się, ale on trzyma mnie niespotykanie mocno. Przecież jestem wystarczająco silna, by się wyrwać, dlaczego więc nie mogę tego zrobić? Myślę gorączkowo, a panika ogrania moje ciało. Ojciec dotyka spierzchniętymi ustami mojego ucha, a ja wzdrygam się i czuję, jak ogarnia mnie obrzydzenie, a potem padły te słowa: „ No, kochanie, wiesz, jak lubię cię w tej sukience. Pobawimy się jak dawniej?”

Tamtej nocy krzyczałam jak nigdy. Sen wydawał mi się bardzo realistyczny, może aż za bardzo. Od razu, jak tylko zorientowałam się, że jestem u siebie i nie ma tam moich biologicznych rodziców, najpierw rozpłakałam się, a potem, pobiegłam jak gepard to toalety, czując jak zawartość żołądka podchodzi mi do gardła. Oczywiście obudziłam wszystkich swoimi wrzaskami, aż musiała uspokoić ciocię, że to tylko „zły sen”. Nawet nie miała pojęcia, jak bardzo zły…

Minęły jakieś dwa dni, od kiedy poznałam One Direction i nadal nie czułam się szczególnie wyróżniona. Miałam dosyć własnych problemów, by przejmować się jeszcze nimi, a skoro nie musiałam ich widzieć, tym bardziej mniej o nich myślałam. Poprawka. STARAŁAM SIĘ NIE MYŚLEĆ.

Siedziałam w łazience, przy otwartej toalecie, zastanawiając się nad swoim marnym żywotem, ale nie mogłam siedzieć cały dzień w obłożonym płytkami, pomieszczeniu, bo dostawałam jakiś omamów, że siedzę w psychiatryku, więc motywując się pyszna kawą ze Strabucksa, ogarnęłam się w miarę ( czytać. Włożyłam pierwsze lepsze ciuchy, ledwo co uczesałam, nie zrobiłam makijażu) i wychodząc bez śniadania oraz korzystając z tego, że zajęcia miałam dopiero następnego dnia, wybrałam się na kawę. Chyba nie potrafiłabym bez niej żyć…

Najdziwniejszym faktem było to, że w nocy dostałam jakieś trzy sms’y od Gi. Otworzyłam skrzynkę odbiorczą, czytając:

Leahhhhh… pożycz notatki z ostatnich zajęć z malarstwa. Xx”

„Okej, już nie musisz, zapomniałam, że przecież profesorka się rozchorowała! :D A już myślałam, że znowu dostanę laczka za brak notatek… xx”

Jednak dopiero trzecia wiadomość zwaliła mnie z nóg na tyle, że jadąc mało zatłoczonym autobusem, wykrzyczałam na głos: „Co do cholery?!”.

„Leah, ty moje kochanie najdroższe, nie zapominaj, że jesteśmy umówione na próbę z chłopakami w klubie Seviza o pierwszej! MASZ TAM BYĆ, BO JAK NIE TO ZAMORDUJEMY CIĘ OBIE – ja i Savie. Kocham cię! Xx”

Ale jak to spotkanie z chłopakami? Myślałam, że przynajmniej przez te dwa tygodnie nie będę ich widzieć na oczy… a tu proszę. Miałam wrażenie, że Gi robi mi na złość, ale c mogłam poradzić? Musiałam stawić się na spotkanie, żeby uniknąć obdarcia ze skóry. Z ponurymi myślami weszłam do kawiarni, zastając oczywiście, Connie, która widząc mnie w drzwiach, uśmiechnęła się.

- To, co zwykle? – zapytała, gdy podeszłam do lady.

- Czekoladową – odpowiedziałam, grzebiąc po kieszeniach.

Podczas, gdy płaciłam, Connie przyglądała mi się uważnie.

- Niezbyt dobrze wyglądasz. Spałaś w ogóle? – spytała z troską, wrzucając monety do kasy i zamykając ją.

- Ostatnio właśnie źle sypiam… aż tak po mnie widać? – zaśmiałam się gorzko; mogłam wyglądać jeszcze gorzej niż trup?

Connie spieniła mleko, gdy nagle podniosła głowę, jakby coś sobie przypomniała.

- A, właśnie. – zaczęła, nalewając mleko do kawy ze skupieniem – Ktoś pytał o ciebie. Był tu wczoraj i przedwczoraj…

 - Kto? – zaciekawiłam się.

- Nie wiem, nie podał imienia.

Zamarłam. Chwila… „podał”? Czyli… on?

- A jak wyglądał? – dociekałam, idąc w stronę miejsca odbioru kawy.

Connie podała mi kubek, a ja nałożyłam wieczko i papierowy „ochraniacz” na rękę.

- Bo ja wiem… blondyn, nawet przystojny. Niebieskie oczy – Connie zamyśliła się na chwilę – Mam wrażenie, że skądś go znam, ale nie mogę sobie przypomnieć… W każdym razie, zazwyczaj przychodzi około dziewiątej i czeka z godzinę, zamawiając kilka muffin i kawę.

Spojrzałam na zegarek. Piętnaście po dziewiątej. Czyli powinien być… właśnie, kto? Czy… czy to mógł być… ON? Jego imię nadal nie potrafiło mi przejść przez gardło, mimo, że widziałam jego obraz w swojej głowie zdecydowanie za często, częściej, niż bym chciała.

Everytime I close my eyes I see your face, (…), Am I obsessed with you…?

Potrząsnęłam głową, jakby odganiając się od natrętnej muchy. O czym ja myślałam? O chłopaku? Do czego to było podobne, zważając na moją niechęć do tego zdziczałego „podgatunku”… Jakby byli z obcej planety. Na której nigdy nie chciałabym się znaleźć. Nigdy w życiu.

Rozległ się dzwonek, oznajmiający przybycie kolejnego gościa i dreszcz przeszedł mi po plecach, gdy wyobraziłam sobie, że to on. Moja wyobraźnia była na tyle zdominowana przez kobiety, że obraz był trochę zniekształcony, gdy próbowałam wyobrazić sobie JEGO. Nachyliłam się do Connie i wyszeptałam:

- Czy to ON?

Connie spojrzała nad moim ramieniem i nieznacznie przytaknęła głową. Czułam jak włosy na głowie jeżą mi się zupełnie tak jak kotu. Szybko pożegnałam Connie, chwyciłam kawę w rękę i odwróciłam się, mając nadzieję, że nie zostałam jeszcze przez NIEGO zauważona. Jednak, gdy tylko zrobiłam jeden krok…

- Hej – usłyszałam i Niall zastąpił mi drogę, uśmiechając się promiennie, trzymając ręce w kieszeniach wypranych jeansów. – Miałem nadzieję cię tu spotkać.

- By tym razem wylać moja kawę? – warknęłam, starając się go ominąć, ale ten nie dawał za wygraną i ponownie uniemożliwił mi dojście do drzwi; bawi się w „kto zagoni Leah do kąta” czy co?

- Nie, chciałem tylko z kimś usiąść, pogadać, napić się kawy…

- Dobra.

Niall uniósł wysoko brwi ze zdziwienia, że się zgodziłam, gdy nagle dodałam:

- Ale nie za mną.

Zgrabnie go wyminęłam i zadowolona z siebie doszłam do szklanych drzwi. Właśnie je otwierałam, gdy poczułam silną rękę na moim nadgarstku i aż syknęłam, próbując ją wyrwać, ale musiałam przyznać, że Niall był silny, choć pewnie nie zdawał sobie z tego sprawy.

- Puszczaj! – podniosłam trochę głos, a kilkoro ludzi siedzących przy stolikach podniosło głowy na chwilę, szukając rozrywki, jednak szybko z powrotem zajęli się sobą. – Nie dotykaj mnie! – miałam ochotę wykrzyczeć mu to w ucho, ale zamiast tego wysyczałam mu te słowa w twarz, patrząc nienawistnym wzrokiem centralnie w te niebieskie oczy, które mimo wszystko były takie… łagodne.

Niall przyglądał się mojej twarzy w skupieniu, a potem zapytał szeptem.

- Dlaczego taka jesteś? Dlaczego wszystkich odpychasz?

- Widocznie mężczyźni zasługują na to, by być odepchniętymi – szarpnęłam mocniej i uwolniłam się z jego uścisku – Bo jedyne, co potraficie to zabawiać się i krzywdzić innych. Śmieci traktuje się jak śmieci, a nie dzieła sztuki.

Wyszłam ze Starbucksa, klnąc na los, że akurat przysłał pod moje nogi Nialla, gdy tego nie potrzebowałam. Najlepiej, jakby na stałe usunął go z mojego życia. Wtedy spałabym spokojnie. Prychnęłam, gdy zorientowałam się, że znowu o nim myślę. Tak bezwiednie.

„Na dziś koniec z Niallem” postanowiłam, myśląc, jak tu wykręcić się ze spotkania z One Direction.

Uniosłam głowę, gdy idea spadła na mnie jak grom z jasnego nieba i uśmiechnęłam się do swojego odbicia w wystawie sklepowej; zauważyłam również, że w takich momentach przypominam szaleńca. Ale chyba już dawno nim się stałam…

***


Długo patrzyłem na sylwetkę znikającej dziewczyny, która obejrzawszy się w lewo i prawo, przeszła przez jezdnię, a właściwie przekroczyła ją, truchtając. Nadal nie znałem jej imienia, co strasznie mnie irytowało. Chłopacy strasznie drwili z tego, że oni posiadają tak ważną dla mnie informację, ale również wydawało im się strasznie zabawne kuszenie mnie. Za nic w świecie nie chcieli mi zdradzić jej imienia, powiedzieli, że jak ONA będzie chciała podzielić się ze mną tą wiedzą, to nareszcie się dowiem. Tyle, że nie chciałem czekać… Myślałem, że pracownica Starbucksa mi pomoże, dlatego zwierzyłem się jej z mojej krzywdzącej niewiedzy, ale ona z miłym uśmiechem powiedziała, że nie może zdradzać danych klientów.

Czy wszyscy się na mnie uwzięli czy co?!

Za oknem powoli zaczynało padać – widziałem małe krople deszczu, skapujące na chodnik i szybę kawiarni. Widocznie mój nastrój udzielał się pogodzie. A może Bóg stwierdził, że dawno z nikogo nie drwił i ślepym trafem padło na mnie? Kto wie…?

Zrezygnowany moim niepowodzeniem, poczłapałem się do lady, zamawiając małą gorącą czekoladę i dwa waniliowe muffiny. Lubiłem muffiny, mimo, że nazywałem je „niekształtnymi babeczkami”. Gdy dostałem swoje zamówienie, zapłaciłem i wyszedłem ze Starbucksa, patrząc na godzinę. Nie chciało się wierzyć, że moja pogawędka z NIĄ trwała tylko kilka minut. Była krótsza niż czas zamawiania! Było dwadzieścia siedem po dziewiątej, gdy wyciągałem kluczyki z tylnej kieszeni spodni, by otworzyć drzwi naszego wspólnego samochodu (czyli należącego do wszystkich pięciu członków One Direction; jeździli nim tylko ci, którzy mieli prawo jazdy, czyli ja, Lou i Harry, bo Zayn i Liam nadal chodzili na kursy, zazdroszcząc nam takiego przywileju, jakim była nasza „Pszczółka”) i nieźle namęczyłem się by je wyciągnąć. W końcu, nie upuszczając ani kluczy ani kawy czy muffin, wsiadłem do samochodu, ciesząc się jak małe dziecko, że nie zostałem przyuważony przez żadną fankę. Niektóre potrafiły być naprawdę natrętne. Albo szurnięte. Jednak uwielbiałem je wszystkie, bo zawsze warto mieć takie wsparcie.

Akurat, gdy odpalałem silnik, mój telefon zaczął wibrować i wykonywać dziwny taniec ( zapewne irlandzki, bo jaki by inny?) na półeczce pomiędzy uchwytami na kubki, gdzie umieściłem swoja kawę, i radiem. Odebrałem, wykręcając z miejsca parkingowego. Oby teraz nie złapał mnie żaden policjant!

- Halo? – spojrzałem za siebie, patrząc, czy nie jedzie żaden samochód, bym mógł wyjechać bezpiecznie.

- Nialler, skarbie, zbieraj swoją szanowną dupcię do Tesco, potrzebujemy jedzenia, a Larry nadal śpi i nie ma zamiaru się budzić w najbliższej przyszłości – usłyszałem głos Liama w słuchawce; miło czasami posłuchać przyjaciela na poprawę humoru. – Proszę?

- Jasne, wykupię połowę sklepu – zaśmiałem się i podobnie zareagował Liam po drugiej stronie – Chyba, że masz jakieś życzenia, kochanie?

- Jajka i boczek na śniadanie – odpowiedział po chwili namysłu Liam.

- No tak, jedyna rzeczy, które nie przypalasz – zachichotałem, stojąc na czerwonym świetle na krzyżówce; Liam zaprotestował, a ja dalej ciągnąłem – A nie przepraszam, jeszcze robisz dobre naleśniki. I herbatę.

- Dzięki – mruknął Liam, zapewne w tym momencie przewracając oczami – Tylko się pospiesz, bo trzeba wszystkich zwlec z łóżek, a o pierwszej jest spotkanie z Gi i dziewczynami w klubie Seviza.

- Yyyy..co proszę? – zdziwiłem się lekko, a potem ktoś zatrąbił na mnie, bo światło zmieniło się na zielone, a ja nadal stałem.

Przycisnąłem pedał gazu, jadąc prosto w stronę Tesco.

- Wspominałem wam wszystkim o tym jakiś milion razy, żebyście nie zapomnieli – westchnął Liam – I jak zwykle potem wychodzi, że jesteście niedoinformowani. I to moja wina! A mówicie, że nic nie mówiłem!

„Co fakt, to fakt…”, pomyślałem, jadąc ulicą i skręcając w pierwszą odnogę w prawo. Jeszcze chwila i znajdę się przed sklepem. Naszła mnie wizja pełnych półek… uginających się od jedzenia. Mmm… pychota.

- Słuchasz mnie, czy nie? – zniecierpliwiony Liam spowodował, że zeszedłem na ziemię – Pytałem, jak twoje dzisiejsze łowy w Starbucksie?

- Nic mi nie mów… - westchnąłem, marszcząc brwi, a gdy Liam zapytał, czy znowu jej nie spotkałem, zaprzeczyłem – Widziałem ją. Nawet… - zawahałem się – porozmawialiśmy.

Jeśli te kilka dziwnych zdań, które między nami padły można nazwać rozmową, to tak, rozmawialiśmy i to całkiem żywo…

- Olała cię – Liam stwierdził fakt.

- Skąd wiesz? – oburzyłem się, parkując.

- Nie trzeba być jasnowidzem, Niall. Widziałem, jak się u nas zachowywała – rzekł spokojnie Liam. – To nie jest typ grzecznej i prostej dziewczyny. Wygląda na skomplikowaną i… zagubioną.

- Ona? Zagubiona? – prychnąłem, gasząc auto i zabierając się za odpakowywanie jednej z babeczek z folii by zjeść ją przed wejściem do sklepu. – Proszę cię! – wepchnąłem połowę muffina do ust i z pełną buzią odezwałem się niezbyt wyraźnie – Oła mfnie totfalnie oplała!

- Zrozumiałem, że "cię opluła..." – zachichotał Liam, a ja tylko dalej jadłem swoją babeczkę - Odpuść sobie, Niall, to nie jest dziewczyna dla ciebie. Co cię tak w niej pociąga?

Muffin utknął gdzieś w połowie drogi do moich ust. W tej dziwnej pozycji, zastanawiałem się nad słowami mojego przyjaciela. Co mnie w niej pociągało? Chyba najbardziej to, że była jedną, wielką zagadką. Jej tajemniczość, jej arogancja, tupet… wszystko to czyniło z nią cholernie tajemniczą i, o dziwo, pociągającą osobę. Przynajmniej dla mnie. Nie rozumiałem jej zachowania, ale starałem się zrozumieć, naprawdę. Szczególnie nurtowała mnie jej pożegnalna odpowiedź.

„Widocznie mężczyźni zasługują na to, by być odepchniętymi, bo jedyne, co potraficie to zabawiać się i krzywdzić innych. Śmieci traktuje się jak śmieci, a nie dzieła sztuki…”

Zjadłem do końca babeczkę, a potem potarłem kciukiem brodę. Zawsze tak robiłem, jak głęboko nad czymś się zastanawiałem. Chłopacy nazywali to „pocieraniem magicznej lampy”. Liam oczywiście sam to wymyślił, bo naoglądał się za dużo bajek Disney’a. I widocznie „Alladyna” też oglądał. Musiałem zacząć ją obserwować. Musiałem jakoś do niej dotrzeć, za cenę wszystkiego. Po mojej głowie chodziło za wiele myśli na raz; wirowały w kółko, nie dając mi dojść do żadnej sensownej konkluzji. Byłem jak Werter, tylko nie miałem zamiaru się zabić. Widziałem JĄ jak on widział Lottę: jako stworzenie nie z tego świata. Bo miałem wrażenie, że ona jest ponad tym wszystkim… W moim umyśle błysnęła iskra. Przez chwilę widziałem w moim umyśle jej oczy. Te cudowne, orzechowe oczy. Co w nich takiego było?

BINGO.

Jej oczy prosiły, wręcz błagały… o pomoc. ONA się sypała lecz nie potrafiła poprosić o pomoc. To tak, jakby mówiła: weź mnie stąd, naucz kochać, daj drugie życie… ONA powoli stawała się wrakiem. To wyczytałem w jej oczach. Umierała.

A na to nie mogłem pozwolić.

- Liam, nie da przyśpieszyć się naszego spotkania w Sevizie? – gdy odezwałem się po dłuższej ciszy, mój głos brzmiał pewniej.

- Mógłbym poprosić Harry’ego, żeby je przesunął, ale najpierw muszę go obudzić – odrzekł niepewnie Liam – Co kombinujesz?

- Ratuję czyjeś życie.

Why it has to be so black and white for you and me? When there's a million colors in between, (…)fear is our only enemy and we could be anything…



--------------------------------------------

Oho, jest i czwórka. Tak wyczekiwana i wnosząca co nieco do całokształtu historii :) Mam nadzieję, że jesteście z niej zadowoleni bo ja jestem (ach, ta skromność...) a do tego nadal mam wenę na dalsze losy Leah i Nialla - na razie mam 17 rozdziałów i wciąż piszę! Pewnie dojdę do 25-28 i zatrzymam się. Ewentualnie dopiszę do 30 zapytam, czy chcecie part 2. xx

Dziękuję za ponad 4 tys wyświetleń ;O Kto by się spodziewał? Massive thank you dla wszystkich, którzy przenieśli się z mojego pierwszego bloga także tu. Widocznie lubicie czytać moje wypociny XD

Follow @Pauline__1994 lub piszcie na gg 4441489 chętnie odpowiem na pytania :)

Na koniec moje maleństwo, mówiące do mnie...


niedziela, 8 kwietnia 2012

Rozdział 3: "„God knows what is hiding in those weak and sunken eyes…”


Music


Wróciłam do domu Gi, w końcu, jaki miałam wybór? Dobra, mogłam ją zostawić… ale mimo wszystko Georgia była moją przyjaciółką. Tak samo jak Savannah. Fakt pozostawał faktem – mogły mnie, chociaż poinformować, że będzie ktoś, oprócz nas trzech, ale złość na nie przeszła mi niespodziewanie szybko. Nigdy nie potrafiłam długo gniewać się na ludzi… chyba, że chodziło o moich biologicznych rodziców, to już zupełnie, co innego, ale ich wolałam wymazać z pamięci całkowicie. Wiedziałam, że tak się nie da, ale zawsze można próbować.

Ze skruszoną miną stanęłam przed drzwiami domu Georgii, która, gdy tylko mi otworzyła, posłała mi ten przepraszający uśmiech i od razu zaczęła swoją przepraszającą mowę:

- Tak mi przykro, Leah, powinnam ci powiedzieć, że Harry do nas przychodzi, ale wiedziałam, jak na niego zareagujesz, a on i jego kapela mają zaśpiewać na moich urodzinach za dwa tygodnie i chciałam, byś może tym razem nie wychodziła…

Zrobiło mi się autentycznie głupio. Wyszłam z rozmowy o urodzinach własnej przyjaciółki… naprawdę, mam niezłe wyczucie czasu i miejsca. Na moich policzkach pewnie już pojawiły się dwie wielkie i czerwone plamy, obrazujące jak bardzo jest mi wstyd.

- To ja przepraszam, Gi, nie miałam pojęcia, że chodzi o twoje urodziny, naprawdę!  - uścisnęłam ją szczerze – Gdybym wiedziała, to może jeszcze bym zniosła tego twojego Harry’ego…, W jakim zespole on gra?

Zobaczyłam jak Savannah wychodzi z kuchni z miną drapieżcy.

- Jak to, w jakim? Gdzie ty żyjesz, Leah?

- Zdaje mi się, że gdzieś niedaleko, ale może się mylę… - zaśmiałam się, a Gi zamknęła za mną drzwi, a ja rozebrałam się z prochowca.

- ONE DIRECTION, dziewczyno, czy coś ci to mówi? – Savannah podeszła do mnie blisko, prawie krzycząc nazwę zespołu – To jeden z najbardziej rozpoznawalnych boysbandów w tej chwili na całym świecie! Czasami mam wrażenie, że chowałaś się w dżungli – westchnęła teatralnie, dotykając palcami skroni na znak dezaprobaty mojego nieobeznania.

- Przepraszam, Savie, że słucham czegoś mocniejszego, niż popowe, pedalskie bojsbendziki – burknęłam, za co dostałam w ramię od blondynki. – Ałaaaaa….. – ironizowałam, śmiejąc się nie mniej ironicznie.

- Powinnaś dostać mocniej, wiesz o tym? – Savie zmrużyła oczy tak, że wyglądała jak polująca pantera. – Ale dziś ci odpuszczę, bo ten maniciur mam dopiero od wczoraj, a do tego strasznie mi się podoba, chyba poproszę o taki sam za tydzień…

Ech, a Savie jak zwykle, gdy skupiała się na swoich paznokciach, to potrafiła o nich rozmawiać tylko i wyłącznie o nich godzinami; rozpoczynając od technik nakładania tipsów, do różnych rodzajów lakierów graffiti, szybkoschnących czy nabłyszczających lub odżywiających.

Jednocześnie z Gi przewróciłyśmy oczami i ruszyłyśmy na górę, do jej pokoju. Savie oczywiście dostała spóźnionego zapłonu, jako, że nadal rozpływała się nad swoimi paznokciami. Usiadłam na głębokim fotelu, robiącym też często za wieszak do ubrań, a Georgia rozwaliła się na łóżku, wzdychając.

- Nie mam jeszcze nawet sukienki – jęknęła, zakrywając twarz dłonią tak, że widziałam tylko poruszając się usta i brodę. – Świetnie, po prostu świetnie! 

- Mogę pożyczyć ci tą moją, białą – zaoferowała Savie, siadając na podłodze, opierając się plecami o łóżko. – Wiesz, tą, która ci się tak zawsze podobała.

- Naprawdę, mogłabyś? – głowa Gi uniosła się niespodziewanie, a potem zwróciła się tak, że patrzyła na mnie – A ty, Leah, masz jakąś sukienkę?

- Wiesz, że raczej nie noszę sukienek – wzruszyłam ramionami – I przykro mi, ale przyjdę w spodniach. Wiesz, jaki mam stosunek do tych wszystkich zwiewnych kiecek.

- Będziesz jedną z najważniejszych osób na moich urodzinach i nie założysz sukienki? – Gi gwałtownie usiadła – To chociaż zamiast kupować ją, daj sobie pożyczyć jedną, na ten jeden wieczór. Prooooszę!

Głowa opadła mi bezwiednie na oparcie fotela, gdy myślałam nad wizją siebie w sukience. Dlaczego wydawałam się taka… taka… bleeeee? Przecież jestem przerażająco chuda, poza tym, musiałabym ubrać rajstopy (które w dodatku strasznie drapią w nogi!) i szpilki… stop, stop, stop! Koniec tego dobrego!

- Ale na nogi włożę baleriny – rzekłam twardo, a na twarzach przyjaciółek zagościły uśmiechy.

- Ale zrobię ci makijaż – postawiła ultimatum Savie.

- Dobra – ręce opadły mi z bezsilności, a Savie i Gi przybiły sobie jakąś dziwną piątkę, gdy nagle zadzwonił telefon Georgii, gdzieś pod stertą ubrań.

Właścicielka komórki poderwała się jak na zawołanie, zaczynając grzebać w kupce ubrań, zapewne wczorajszych i przedwczorajszych, mrucząc z niezadowoleniem, że przecież: „spodnie, w których jest komórka, muszą być na wierzchu…!” – ale najwyraźniej po czasie poszukiwania wywnioskowałam, że tak nie było. W końcu, z uśmiechem zwycięzcy, Gi odebrała telefon od kogoś, kto nie urywał połączenia mimo tak długiego czasu oczekiwania. Dziwne.

- Słucham? – odezwała się Georgia, wzdychając i siadając po turecku na podłodze.

Przez chwilę nie odzywała się, słuchając tego, co ma jej do powiedzenia dzwoniący, względnie dzwoniąca. Panowała dziwna cisza, podczas której patrzyłam się intensywnie w Gi, a Savie, jak to Savie, oglądała swój maniciur po raz setny tego dnia.

- Ale że dziś? – Gi powiedziała to tak zdziwionym tonem, że aż Savannah spojrzała na nią znad idealnych paznokci. – A nie można tego załatwić przez telefon?...Dobra, będziemy, tylko zjemy lunch… druga pasuje?... Okej, ale nie wie, na co się porywa… tak, też cię kocham wariacie… to do zobaczenia… Mhm, będę pamiętać, cześć! – i rozłączyła się z tajemniczą miną.

- Co jest? – zapytała Savie z zaciekawieniem.

Gi rozciągnęła się i wstała na nogi, wkładając komórkę do kieszeni spodni i patrząc na nas z tym samym uśmiechem. Wyglądała jak kotka, która ma nową zabawkę, ale za Chiny ludowe nie chce się nią podzielić.

- Ruszać dupska, lalunie, idziemy na zakupy, a potem cos zjeść – powiedziała to takim radosnym tonem, że aż zaczęłam coś podejrzewać, ale nic nie mówiłam.

Zakupy okazały się szybkie i konkretne, czyli takie, jak lubiłam. Nigdy nie przepadałam za zakupami, chociaż jestem dziewczyną z krwi i kości, lubiącą malować paznokcie i nawet czasami założyć szpilki, by poczuć się bardziej kobieco. Savie nie mogła przejść obojętnie obok nowej pary koturn, które jak stwierdziła, będą hitem tego sezonu; oprócz tego wydała kasę na kolejną parę szpilek, bo koturny czułyby się samotne w reklamówce. Tak, samotne… Ja starałam się ostatnio oszczędzać, ale nie mogłam nie kupić uroczego szalika, który idealnie pasował do mojej kremowej bluzki i aż krzyczał, bym go kupiła. A raczej skowyczał. Słyszałam tylko cichutkie ujadanie… aż nie wytrzymałam. Gi stwierdziła, że nie może żyć bez nowej, czerwonej szminki i kolejnego cienia do powiek.

Weszłyśmy akurat do naszej ulubionej naleśnik arni na pewien rodzaju „wczesny” obiad i zamówiłyśmy to, co zwykle: Ja naleśniki z nutellą, Gi z truskawkami, a Savie z bitą śmietaną. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie to, że komórka zadzwoniła mi z przypomnieniem, że czas najwyższy wziąć antydepresant. I to zburzyło cały mój dobry humor. Jak zwykle…

People, help the people (…) and thousand slowly dying sunsets…

Dyskretnie zlokalizowałam pudełko z lekiem w mojej torebce i nie mniej dyskretnie wzięłam jeden do ust, popijając wodą. Zrobiłam to tak szybko, że pewnie ani Savie, ani Gi tego nie zauważyły. W pewnym sensie wstydziłam się tego, że jestem „chora”. Bo to, co mnie opętało, można nazwać chorobą. Jak zwykle musiałam być inna od wszystkich, ale nie „inna” w pozytywnym tego słowa znaczeniu, o nie. Z zaciętą miną chwyciłam swój lewy nadgarstek i zacisnęła na nim palce, pocierając tak, jakby to sprawiało, że wszystkie blizny miałyby zniknąć jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wiedziałam jednak, że to nie Tartar, czy Mordor. To było życie. Moje powoli umierające życie…

Georgia oderwała mnie od ponurych myśli, zwracając się do mnie słowami:

- Czemu nie jesz?

Spojrzałam na swojego, prawie nietkniętego, naleśnika i jakoś nabrałam ochoty na coś słodkiego, chociaż nie byłam jakoś strasznie głodna.

- A tak… zamyśliłam się – odpowiedziałam, od razu biorąc się do jedzenia i wkładając kawałek ciasta z nutellą do ust.

- Leah… nie będziesz na mnie zła? – odezwała się po chwili Gi – Harry do mnie zadzwonił, żebym do niego wpadła i wybrała repertuar na występ urodzinowy.

Zmarszczyłam brwi, gdy przypomniał mi się ten jego męski zapach, ale tylko westchnęłam i odrzekłam:

- Możemy do niego jechać, jeśli tak ci zależy. Jakoś to przetrzymam.

Georgia znacznie rozpromieniła się i zaczęłyśmy rozmawiać o tym, kto ma być na jej urodzinach. Na szczęście okazało się, że będzie więcej dziewczyn i chłopaków, co było, nie powiem, bardzo mi na rękę. Poza tym, miałam nadzieję bawić się tylko z Savie i Gi, jeśli by się udało, oczywiście…

Skończyłyśmy jeść i zapłaciwszy, udałyśmy się do samochodu Savannah, który stał zaparkowany przed naleśnikarnią, pomiędzy czerwonym passatem i czarnym cinqcento (chyba te samochody już dawno przestano produkować…), wyróżniając się swoim nowym, połyskującym, żółtym lakierem. Savie kochała swojego żółtego garbusa i mówiła na niego pieszczotliwie „Żółtek”. Nie ma to jak „wymyślne” imię dla auta. Gi podała Savie adres i ruszyliśmy pod niego. Naszym celem podróży okazał się wielki, biały apartament owiec, który robił wrażenie nie tylko z zewnątrz, ale z wewnątrz. Pani z recepcji wskazała nam drogę do mieszkania kuzyna Georgii, a gdy stanęłyśmy pod wskazanym numerem, przyjaciółka nacisnęła na dzwonek, a potem dodała, jakby od niechcenia dodała:

- A i zapomniałam powiedzieć… Harry mieszka jeszcze z czterema innymi chłopakami, ale to chyba nie problem, co?

Zdążyłam tylko otworzyć buzię ze zdziwienia i oburzenia, ale niestety niedane było mi wypowiedzieć się na temat sprzedanego mi przed chwilą newsa, bo drzwi otworzyły się i stanął w nich uśmiechnięty od ucha do ucha Harry, który zmierzył nas wszystkie i rzekł:

- Witam, piękne panie i zapraszam do środka.

Starając się trzymać jak najbardziej na uboczu, weszłam do apartamentu, posyłając Gi mordercze spojrzenie. Jeszcze kiedyś mi za to zapłaci, zobaczy! Nie wiem, jak, ale zapłaci!

***

Serce zaczęło mi bić jak szalone, gdy usłyszałem dźwięk dzwonka, przerywając Zaynowi i Lou przekomarzanki na kanapie, kto będzie teraz grał z Liamem w Fifę, skoro mieliśmy do dyspozycji tylko dwa kontrolery do naszego Playstation.  Dlaczego oni, chociaż w takim momencie nie mogli zachowywać się, choć trochę bardziej poważnie? Pytam, dlaczego?! Westchnąłem, a w brzuchu odezwał się potwór, który namawiał mnie do szybkiego przejrzenia inwentarza naszej lodówki, jakbym nie robił tego z godzinę temu. Dopiero po chwili przypomniało mi się, że przecież mamy dodatkową paczkę chrupek na dolnej półce w szafce przy zmywarce… Poderwałem się szybko i cichaczem przemknąłem po korytarzu, dopadając do kuchni. Znalazłem upragnione chrupki i od razu otworzyłem opakowanie, a w nos uderzył mnie zapach bekonu. Zjadłem całą garść chrupek, biorąc paczkę ze sobą z powrotem do salonu, mając nadzieję, że już tam są. Że ONA już tam jest. Nie myliłem się, siedziała na kanapie, niepewnie lustrując resztę chłopaków, tym samym wzrokiem, który mierzyła mnie w Starbucksie.

Gdy jej wzrok padł na mnie, jej brązowe oczy na chwilę zrobiły się wielkie jak monety, a potem tylko prychnęła i poprawiła rękawy swetra tak, że zakrywały jej prawie całe dłonie i spuściła wzrok. Postanowiłem, że trzeba zacząć działać i to teraz, bo drugiej takiej okazji mogło nie być.

„Dasz radę, Horan, przecież jesteś bożyszczem nastolatek, co nie?”, zmierzwiłem włosy i skierowałem swoje kroki ku blondynce, która wydawała się przytłoczona taką ilością ludzi w pomieszczeniu.

And I won't be leaving 'til I've finished stealing every piece of your heart…

Harry wraz z Lou i dwoma pozostałymi dziewczynami (jedna z nich, zapewne o brązowych włosach, musiała być jego kuzynką, o której mieliśmy występować) i rozmawiali o czymś żywo, a Zayn i Liam nadal siedzieli i grali na konsoli, nawet nie zwracając uwagi na gości. Harry, widząc mnie, uśmiechnął się i od razu przedstawił mnie nowoprzybyłym:

- A oto, moje drogie panie, Niall James Horan, irlandzki tancerz, a także nasz osobisty wyżeracz resztek!

Dzięki, Harry, za przedstawienie mnie w pozytywnym świetle…

- Savannah – przedstawiła się blondynka o zielonych oczach, wyglądająca tak, jakby miała zaraz zemdleć na mój widok – Jestem waszą wielką fanką, to zaszczyt spotkać cię…

Ach, no tak, fanka. To by wyjaśniało jej zachowanie w stosunku do mnie.

- Georgia, kuzynka Harry’ego, ale błagam, mów do mnie Gi – uścisnąłem dłoń szatynce i odwzajemniłem przyjazny uśmiech, którym mnie obdarzyła.

- Możesz jeszcze ją nazywać Galareta, ale nienawidzi tego jeszcze bardziej niż swojego pełnego imienia – szepnął teatralnie Harry, za co oberwał torebką od Georgii.

- Będę pamiętał – wyszczerzyłem się, patrząc wprost na dziewczynę ze Starbucksa.

Savannah widząc, że patrzę w tamtą stronę, szturchnęła koleżankę z łokcia tak mocno, że ta aż skrzywiła się, masując obolały bok. Spojrzała na mnie… tak jak wtedy. Z… obrzydzeniem? Niepewnością? Odrazą? Nie miałem pojęcia, jakie emocje się w niej kumulują, ale nie były one pozytywne. Co ja jej takiego zrobiłem? Przecież chciałem przeprosić za to, że za nią wpadłem, ale ona nawet nie dała mi dojść do słowa!

- My już się chyba znamy – starałem się być jak najmilszy i uśmiechnąłem się do niej – Dziewczyna ze Starbucksa, tak?

Ona nieznacznie kiwnęła głową, nadal nie patrząc mi w oczy. Zagryzła wargę, a ja wyciągnąłem w jej stronę rękę. Wiedziałem, jak skończyło się to w przypadku Harry’ego, ale w głębi ducha wierzyłem, że może mi się uda… Ku mojemu zdziwieniu, niepewnie wyciągnęła lekko drżącą rękę i dotknęła mojej. Jej uścisk był lekki, jak dotknięcie motyla, ale i tak poczułem dziwny prąd, przechodzący moje ciało od dłoni po końcówki włosów. Jak wielkie było moje rozczarowanie, gdy cofnęła swoją dłoń, jakby moja ją oparzyła i od razu wsunęła ją do kieszeni spodni.

- Mogę poznać twoje imię, skoro ty już znasz moje? – nie dawałem za wygraną, ale ona tylko spojrzała w bok, nadal mając przygryzioną dolną wargę.

- Nie oczekuj od niej, że cokolwiek powie – zaczepił mnie Hary, śmiejąc się, przerywając swoją rozmowę z Gi, Savannah i Lou. – Jest jeszcze bardziej niedostępna niż ci się wydaje i raczej chrupkami jej nie przekonasz.

Reszta zawtórowała Harry’emu śmiechem, a ja poczułem, że się rumienię. Zerknąłem na blondynkę, która poderwała się nagle i wymamrotała coś, że musi iść do łazienki. Harry wskazał jej drogę i po chwili już jej nie było. Miałem ochotę iść za nią, ale Gi mnie powstrzymała.

- Niall, nie obraź się, ale ona nie jest dla ciebie. Co gorsze, nienawidzi mężczyzn. Nie pytaj mnie, dlaczego tak jest, ale za każdym razem, gdy widzi jakiegoś, krzywi się i zachowuje tak jak teraz. Więc odpuść sobie, dopóki nie siedzisz w tym za głęboko.

Patrzyłem na nią dobre kilka sekund, ja zahipnotyzowany i zadecydowałem. Siedziałem w tym już za głęboko, by się wycofać. Musiałem się dowiedzieć, dlaczego ONA taka jest. Nawet, jeśli miałbym się od tego rozchorować, czy umrzeć. Musiałem. Od razu wykiełkowało mi w głowie pytanie: Dlaczego to robię? Przecież nie jest jakaś nadzwyczajna. Ot, przeciętna dziewczyna…

Mimo wszystko, zafascynowała mnie. Chore, nieprawdaż?

***


Miałam ochotę zabić Savie i Gi za przyjście tutaj. Nie dosyć, że musiała znosić towarzystwo Harry’ego to okazało się jeszcze, że, a co tam!, mieszka z czterema innymi kolegami. Żyć, nie umierać, normalnie! A do tego jeszcze ten blondyn…

Niall, podsunął mi umysł, ale ja chciałam wymazać to imię z pamięci. Precz! Precz, mówię!

Siedziałam na zamkniętej klapie w ich łazience, zastanawiając się nad uwagą Harry’ego. Po cholerę coś takiego mówił? Co do tego wszystkiego miały jakieś tam chrupki? I ten, no…

Niall, Niall, Niall, Niall, Niall, Niall, Niall, Niall, Niall…

Miałam ochotę wydrzeć się, żeby mój umysł się zamknął i poszedł spać, ale chyba tak się nie dało. Jakby nie pracował, bo przecież byłabym warzywkiem… chyba jednak wolę żyć, dopóki mogę. Obmyłam twarz wodą, by choć trochę ochłonąć i otarłam ją ręcznikiem. Miałam nadzieję, że to jeszcze nie potrwa długo… ile można wybierać playlistę?

Dotarłam ponownie do salonu, gdzie Gi i Savie rozmawiały z Harry i jego kolegą, Louisem. Widocznie wszystko zostało ustalone, bo usłyszałam, jak Gi powiedziała, że jeszcze się zdzwonią. Czyli się zanosiło na to, że będę musiała się pomęczyć z całą piątką. Odetchnęłam z ulgą, widząc jak Gi obraca się w moją stronę, gdy nagle zza rogu wyskoczył Zayn w pelerynie z ręcznika, gaciach w bałwanki na głowie i z plastikowym mieczem świetlnym w prawej dłoni. Louisowi błysnęły oczy i krzyknął: „Poczekaj na mnie”!, a po chwili wrócił do salonu ubrany podobnie, jak Zayn. Obydwoje wyprężyli klatki piersiowe. Przewróciła oczami – ech, typowe zachowanie samców… Chociaż musiałam przyznać, że ci tutaj zachowywali się nawet… zabawnie. Harry spojrzał na Louisa, a gdy zapytał, czy to jego gacie, Louis zaczął gwizdać i udawać, że go nie widzi, a stojące przy Harrym Savie i Gi zachichotały opętańczo. No tak, niecodzienny to jednak widok, patrzeć na ludzi z bokserkami na głowie… ciekawe, czy uciskały im one na mózgi? Nie musiałam czekać za długo na odpowiedź…

- Za Imperiummmm!!!! – wydarł się Louis i z miną zabójcy rzucił się na Harry’ego, lądując mu na plecy.

- Za Aslanaaaaaa!!! – zawył Zayn, kładąc się na kanapie dokładnie w miejscu, gdzie siedział Liam, przy okazji go przyduszając.

Co ja pacze…

- Ej, ale co mają „Gwiezdne wojny” do „Opowieści z Narnii”? – zapytał zdezorientowany Niall, nadal jedząc.

- Nic! Absolutnie nic! – zaśmiał się złowieszczo Louis.

Georgia, widząc, że się niecierpliwię, dała znak Savie, że wychodzimy.

- Dobra, chłopcy, miło było was poznać, naprawdę, ale musimy iść – rzekła Gi.

- Cooo? – zajęczał za zrezygnowaniem Louis – Jak tak możecie nas opuszczać? Nawet nie widzieliście naszych pokoi ani nie wyjadłyście chrupek Niallowi, patrząc jak zaczyna płakać!

- Wpadniemy niebawem – obiecała Savie, cała w skowronkach. – Cześć, bóstwa wy moje!

Zdusiłam w sobie odruch wymiotny.

Ubrałyśmy płaszcze, a do drzwi odprowadził nas Niall, który jako jedyny nie został zaatakowany prze obrońców Narnii i Wielkiego Imperium. Miałam wrażenie, że patrzy się na mnie cały czas, ale jedyne, co mógł oglądać, to moje plecy.

- Hej…  zatrzymał mnie jego miękki głos.

Niechętnie odwróciłam się, walcząc z chęcią splunięcia go w twarz. Uniosłam wysoko brwi, dając znak, by mówił dalej.

- Nadal nie wiem, jak masz na imię. – zmierzwił sobie włosy, patrząc w przestrzeń z zakłopotaniem.

- Na moje imię trzeba sobie zasłużyć – warknęłam, otwierając frontowe drzwi, przez które przeszłam, nie odwracając się za siebie; wyszłam z tego istnego wariatkowa, modląc się, by ten dzień się skończył.

- Łiiii, widziałyśmy się z One Direction! – zapiała Savie, gdy tylko Niall zamknął za nami drzwi – Ja nie mogę, Zayn jest taki męski…

I już się rozpływała nad jego włosami i oczami i bóg wie jeszcze, czym.

- Tylko się nie posikaj – mruknęłam, wbijając dłonie w kieszenie prochowca.

- Przepraszam, Leah, że cię nie poinformowałam, że mieszkają razem, ale wiedziałabym o twojej reakcji – przeprosiła mnie Gi.

- Nic się nie stało – rzekłam, chociaż w duchu przeklęłam.

„Zajebiście”

--------------------------------------


OHOHOHO no to jebłam rozdział trzeci. Leah i leki? Mogłyście się tego spodziewać. Ale najlepsze i tak czeka was za kilka rozdziałów. Pewnie zżera was ciekawość, co tak naprawdę działo się w jej życiu? Cóż... poczekacie sobie! :)

Nie będę się rozpływać nad tym rozdziałem, ale bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie tych 12pozytywnych reakcji pod poprzednim rozdziałem, ponad 3 tys wyświetleń i prawie 30 obserwatorów ;O ooohohohoh, dzięki wielkie!

JAKI MROCZNY SEKRET SKRYWA LEAH? DOWIECIE SIĘ NIEBAWEM!