środa, 28 marca 2012

Rozdział 2:"Knowing things would never be the same, with your empty heart and mine full of pain.”




Siedziałam na kanapie w salonie Gi razem z Savie, która postanowiła trochę poeksperymentować z fryzurą I zrobiła sobie ciemniejsze pasemka I do tego pofalowała włosy; musiałam przyznać, że jak na coś niezbyt przemyślanego, wyglądało to na jej głowie całkiem dobrze. Wreszcie do salonu wpadła zdyszana Gi, zakładając kolczyki-koła ze srebra i dopiero wtedy stanęła przed nami z zaciętą miną, mając już cos powiedzieć, gdy nagle jej wzrok skupił się na mnie i zapytała, dlaczego nie mam makijażu. Wzruszyła ramionami, ale widząc, że chce mnie zaatakować tuszem, zaprotestowałam głośno, a echo mojego krzyku poniosło się po jej domu.

Prosiła mnie tak namolnie, jakby od tego zależało jej życie i wtedy zaczęłam coś podejrzewać; stanęłam za kanapą, skutecznie broniąc się przed szczoteczką od tuszu i robiąc uniki niczym Trinity w Matriksie. W końcu sprawnym ruchem wyrwałam Gi narzędzie tortur i zapytałam wprost:

- Co tu się dzieje? Powiecie mi, czy nie, bo jestem jedyną nieubraną jak na wielką galę…

Savannah posłała ponaglające spojrzenie Georgii, która tylko zaczęła strzykać nadgarstkami, jak zwykle, gdy się denerwowała i nie wiedziała, jak coś powiedzieć, tak, by nikogo nie urazić. Jednak, gdy odchrząknęła znacząco, krzyżując ręce na klatce piersiowej, czekając na odpowiedź, której mogłam się nie doczekać, nieoczekiwanie nadeszło zbawienie dla Gi. Ktoś zaczął dobijać się do drzwi.

- To ja idę otworzyć – Gi czmychnęła mi z oczu i bardzo dobrze, bo byłam gotowa ją zabić tu i teraz, nie zważając na Savannah i gościa u drzwi.

Westchnęłam i usiadłam na kanapie obok Savie, wzbijając przy tym trochę kurzu, ale jakoś mało mnie to obchodziło, szczególnie, gdy usłyszałam, kim jest nasz gość…

- Przepraszam za spóźnienie, Gi, te głupki zapomniały, że mamy tylko jeden samochód na nasza piątkę i gdzieś pojechali, nawet mnie o tym nie informując… - tłumaczył się… męski głos.

Czułam, jak się najeżam i posłałam Savie mordercze spojrzenie, a ona spuściła wzrok z zakłopotaniem – czyli musiała wiedzieć o tym, kim jest nieznany gość, płci męskiej. Że też one miały czelność mnie o tym nie informować, doskonale wiedząc o tym, że mam wstręt do mężczyzn! Wstałam z kanapy i zamaszystym ruchem wzięłam swoja torbę z podłogi, rzucając Savie przez ramię, że wychodzę. Savannah również wstała, zapewne, by mnie powstrzymać, ale nie zdążyła, gdyż w drzwiach salonu stanęła Georgia z gościem.

Był wyższy od niej z jakieś półtorej głowy i do tego miał bardzo podobny odcień włosów do włosów Gi, tylko, że uformowany w majestatyczne loki. Zatrzymał na mnie wzrok, gdy jak rozjuszony byk, stanęłam przed nimi, ciskając piorunami z oczu. Gi posłała mi przepraszający uśmiech, a chłopak obdarzył mnie spojrzeniem zielonych oczu, który przypatrywały mi się z zaciekawieniem. Miałam ochotę wziąć Gi na rozmowę w cztery oczy, ale to nie był dobry czas ani miejsce, bo znając mój wybuchowy charakter, przerodziłoby się to w prawdziwą wojnę, kto głośniej krzyknie. I zapewnie bym wygrała, jak zwykle miałam w zwyczaju.

- Emm… Leah, to Harry, mój kuzyn – przedstawiła chłopaka Georgia, telepatycznie prosząc mnie, bym nie wychodziła, chociaż mogłam przysiąc, że dobrze wiedziała, że i tak to zrobię.

Harry uśmiechnął się miło ( jak dla mnie to aż za miło) i wyciągnął w moją stronę rękę zachęcająco, ale ja poczułam tylko skurcz w żołądku ze wstrętu i nie przyjęłam jej patrząc wrogo na Harry’ego, który po chwili zdał sobie sprawę, że nie mam zamiaru nawiązywać z nim bliższej znajomości i opuścił rękę, zrezygnowany.

- Wychodzę – szepnęłam, prawie sycząc, jak zwykle w towarzystwie męskim – Nie dzwońcie do mnie, będę zajęta.

Po czym przeszłam niczym tornado, w biegu zakładając prochowiec i wyszłam na dwór. Wciskając ręce do kieszeni prochowca, stwierdziłam, że mogę iść na jeszcze jedną kawę, a potem udać się do mojego zakątka w parku, skoro pogoda dopisywała. Connie zdziwiła się, widząc, że jestem w Starbucksie już drugi raz w przeciągu niecałej godziny, ale nie skomentowała tego, nawet, gdy wzięłam podwójne espresso z mlekiem, zamiast zwyczajowej smakowej latte. Podziękowałam za kawę i autobusem dostałam się do mojego ukochanego parku. Parku ST. James’a, gdzie dawnym zwyczajem zajęłam miejsce pod drzewem – starym dębem – i wyjęłam swoje przybory do rysowania, które zawsze nosiłam ze sobą. Tylko kilka kartek i naostrzony ołówek zakończony gumką dobrej, jakości; niby niewiele, ale potrafiłam zrobić z tego niezły użytek.

Pochyliłam się nad kartką, która została oparta o okładkę teczki, w której nosiłam swoje przybory, a ołówek zawisnął milimetry nad białym papierem, tylko czekając, aż cos przyjdzie mi do głowy. Czekałam na nagłe olśnienie, jak zawsze. Potrafiłam czekać minutami, gdyż tylko najlepsze idee mogły być przelewane na papier, by go nie marnować.

Ołówek dotknął ostrą końcówką kartki, ale w moim umyśle kłębiło się tyle emocji, że nic sensownego do narysowania nie wybijało się ponad przeciętność. Wtem, nie myśląc o niczym, moja ręka zaczęła wykonywać ruchy  - rysowałam w transie, którego nie potrafiłam wytłumaczyć, ale było w nim coś z magii. Zanim zorientowałam się, co tak naprawdę przedstawia mój rysunek, patrzyłam na niego, jakbym nigdy nie widziała szkicu. Dopiero po chwili otrząsnęłam się i oparłam swoja głowę o pień drzewa.

Narysowałam parę oczu. I to nie byle, jakich oczu. Męskich. Gdybym mogła je pokolorować, zapewne miałyby delikatny odcień niebieskiego…

Zgniotłam kartkę, a wargi wygięły się w dziwnym grymasie, gdy przypomniało mi się, kto miał takie oczy. Po chwili jednak opamiętałam się i wygładziłam ją, patrząc na nią jeszcze raz.

Are hearing me? Cause I don't wanna miss, set you a drift on memory bliss….

Miałam ochotę cisnąć nim przez cały park, ale co by to dało? Raczej nie pomogłoby mi w niczym, a szkoda zmarnować tak dobry szkic. Lubiłam rysować oczy, które były, wbrew pozorom najbardziej ekspresywną częścią ciała człowieka. Wyrażały wszystko od radości, miłości po rozczarowanie, smutek, żal… wydawało mi się, że moje oczy są wiecznie smutne, nie to, co innych ludzi. Większość śmiała się nimi, mówiąc reszcie dookoła, że życie jest piękne. Tylko moje nie było.

Schowałam szkic do teczki, z dziwną delikatnością i zatrzasnęłam ją, dziwiąc się, że tekturowa teczka może narobić takiego hałasu. Miałam ochotę napić się kawy, ale zamiast tego uderzyłam czołem o teczkę, spoczywającą na moich kolanach i najzwyczajniej w świecie rozpłakałam się.

***

MUSIC

Drzwi trzasnęły tak głośno, że nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że wyleciały z nawiasów; Gi patrzyła w stronę wyjścia nieodgadnionym wzrokiem, ale po chwili westchnęła cicho i uśmiechnęła się tak, jakby było jej strasznie wstyd, ale jednocześnie jakby rozumiała zachowanie swojej koleżanki. Mrugnąłem kilka razy, odwracając wzrok od kuzynki i zobaczyłem, że w salonie jest jeszcze inna dziewczyna. Miałem nadzieję, że przynajmniej ona nie zareaguje, jak tamta...

Blondynka, stojąca na środku pokoju, trochę speszyła się na mój widok, ale nadal starała się nie stracić pewności siebie, trzymając wysoko brodę i patrząc mi prosto w oczy, uśmiechając się zachęcająco, co utwierdziło mnie w tym, że jest normalna, a nie, narwana, jak Leah.

Gi zwróciła się do mnie:

- Harry to Savannah, moja druga przyjaciółka  - podaliśmy sobie dłonie, a ja posłałem blondi mój uśmiech numer trzy, na co ona zareagowała chichotem ( kątem oka zauważyłem, jak Gi przewraca oczami), co musiało oznaczać tylko jedno. Savannah należała do grupy naszych fanek.

- Od razu chcę cie przeprosić za zachowanie Leah – rzekła Savannah, marszcząc brwi – Nie uprzedziliśmy jej o twojej wizycie, na co trochę się… zdenerwowała. Bo widzisz, jakby ci to wytłumaczyć…

- Ona nienawidzi mężczyzn – dokończyła za nią Georgia, gestem zapraszając mnie w głąb domu.

Skorzystałem z zaproszenia i po chwili siedzieliśmy na ogromnej, beżowej kanapie. Gi przyniosła nam soku; byłem lekko zdziwiony, ale także zaciekawiony przypadłością Leah, więc zacząłem dopytywać o to jej przyjaciółki:

- A wiecie, dlaczego tak ma?

Savannah i Georgia spojrzały po sobie i obie jednocześnie zacisnęły usta w cienką linię, zastanawiając się. Po chwili Savannah odpowiedziała, najbardziej dyplomatycznie, jak się dało, że to przez urazy z przeszłości. BARDZO POWAŻNE urazy. Od razu też zacząłem się zastanawiać, co mają na myśli, gdy mówią „urazy”, bo w tym przypadku definicji jest wiele.

- Co dokładnie macie na myśli? – zapytałem, podnosząc szklankę z sokiem jabłkowym do ust i czując lekko kwaskowaty posmak napoju.

- Nie wiemy dokładnie, czym to jest spowodowane – Gi zaakcentowała słowo „dokładnie”, jakby chcąc trochę urwać tą rozmowę – Leah nie mówi nam wszystkiego. Tylko tyle, ile powinnyśmy wiedzieć.

- Fajna przyjaciółka – mruknąłem, parując szklankę oddechem, którą nadal trzymałem przy ustach.

Gi uderzyła mnie lekko w udo, a ja skrzywiłem się nieznacznie i odstawiłem już pustą szklankę na szklany stolik. W końcu nie przyszedłem tu rozmawiać o jej pokręconej przyjaciółeczce. Odetchnąłem i zacząłem mówić:

- Rozmawiałem z chłopakami, a propo twojej prośby, co do naszego występu na twoich urodzinach. Nie mając nic przeciwko, szczególnie, że to dopiero za dwa tygodnie, a my aktualnie mamy wolne. Wiec udało ci się, kuzyneczko, będziesz miała One Direction na swojej dziewiętnastce.

Widziałem jak Gi się cieszy, a potem rzuciła mi się na szyję, dusząc mnie kompletnie, aż musiałam upomnieć się o dodatkową porcję tlenu, by nie paść zemdlony na gustowne panele, lub – co lepsze – w ramiona przeuroczej Savannah. Chociaż właściwie zemdlenie nie wydawało się takim złym pomysłem… Georgia dała mi adres klubu i wszystkie potrzebne informacje, więc gdy wyszedłem z jej domu godzinę później, obładowany jakimiś zapiskami i papierami, musiano mi otwierać drzwi, bo sam nie byłem w stanie, ze względu na stos makulatury w moich rękach.

Do domu, który dzieliłem z chłopakami, wszedłem niezbyt delikatnie, ale nic nie mogłem na to poradzić. Głośnym: „Już jestem!” zakomunikowałem reszcie swoje przybycie i walnąłem papiery na etażerce w przedpokoju. Rozebrałem się z kurtki i wparowałem do kuchni, gdzie oczywiście, jakżeby inaczej, Niall pochylał się nad otwarta lodówką, mamrocząc coś do siebie z niezadowoleniem. Gdy zauważył mnie, nie od razu zwrócił na mnie uwagę.

- Harry, co się stało z połową naszych zapasów? – spytał, widocznie nieszczęśliwy.

- No nie wiem… zjadłeś je? – zaproponowałem, ironizując, a po chwili uchyliłem się przed paczką, która zawierała posiekaną kapustę; paczka rozbryzgnęłam się malowniczo na ścianie za mną i oczywiście, kto będzie to sprzątał? Biedny Daddy!

- To nie jest śmieszne – powiedział z wyrzutem Niall, widząc, jak się śmieję – Ta kapusta jeszcze może się do czegoś przydać!

A on o niczym innym, tylko o jedzeniu… cały Niall. Śmiałem się jak jakiś przygłup, gdy nagle do kuchni wparował, nie kto inny, jak Daddy, posyłając nam „karne spojrzenie”, na co ja, jeszcze bardziej się roześmiałem, nadal karcony, tym razem już słownie przez Liama.

- Harry, uspokój się, bo zabiorę wam wszystkim konsolę – pogroził mi, a z salonu rozległ się protest.
- Ej, dlaczego wszyscy mamy płacić za to, że on rży jak osioł?! – wydarł się Zayn, zapewne mocno przerażony brakiem konsoli w jego życiu towarzyskim…

- To się nazywa sprawiedliwość, pacanie! – odpowiedziałem Zaynowi, włączając czajnik na kawę, której nie piłem tego dnia.

- Harry, posprzątasz tą kapustę – rozkazał Liam, wpatrując się w plamę na ścianie i robiąc facepalma – Świetnie, ciekawe, czy ta plama w ogóle zejdzie… Ja kiedyś tu z wami zwariuję.

- O ile już nie zwariowałeś – wtrąciłem, chichocząc, a Liam tylko pokręcił głową z dezaprobatą.

Tatuś usiadł na jednym z kuchennych krzeseł i patrzył jak wybieram sobie kubek na kawę. Gdy woda już się zagotowała, Niall skończył wyżerać nasze resztki z lodówki i ją zamknął, siadając ze słoikiem kiszonych ogórków, obok Liama i wpatrując się w nie, jak w najświętszą świętość. Widziałem, jak Liam zaśmiał się pod nosem.

- Opowiadaj, co z urodzinami twojej kuzynki…

- Georgii – podsunąłem Liamowi imię, siadając naprzeciw niego, starając się zignorować mlaskającego Nialla, który skupił się tak na ogórku, jakby miał go zaraz pocałować. – Wszystko, co powinniśmy wiedzieć, przywiozłem ze sobą na jakimś kilogramie papierów. Masakra, będziecie musieli mi pomóc z ogarnięciem tego.

- Będzie to jakieś duże przyjęcie?

- Pewnie ze sto osób, znając Gi – wzruszyłem ramionami, a potem upiłem kawy – ona jest jedną z najbardziej popularnych dziewczyn na uniwerku, tylko dziwi mnie to, z kim się zadaje…

Liam milczał, jakby chcąc mi dać znać, bym kontynuował, co też uczyniłem:

- Przychodzę do niej do domu, a tu nagle, w drzwiach do salonu staje nagle jakaś dziewczyna i patrzy na mnie tak, jakby chciała mi oczy wydrapać – westchnąłem, przypominając sobie tą sytuację – chciałem być dżentelmenem, więc wyciągnąłem do niej rękę do powitania, a ona nic, nadal zabijała mnie wzrokiem, no to opuściłem rękę… syknęła, że wychodzi, a drzwiami trzasnęła tak, że zdziwiłem się, że z zawiasów nie wyleciały…

Niall nagle się jakby obudził ze swojej ogórkowej miłości (ogórkowelove, normalnie) i przełknął prawie całego ogórka, chcąc coś powiedzieć, ale niestety kawałek był na tyle duży, że utknął mu w gardle i blondyn zaczął się dusić. Liam dopadł do niego, klepiąc go w plecy, a ja podałem Niallowi szklankę wody. Po kilkunastu sekundach przestał charczeć i napił się wody, cały czerwony na twarzy. Co wywołało u niego niespodziewanie taką reakcję?

Niall posapał chwile, a potem odezwał się lekko zachrypniętym głosem:

- Jak wyglądała ta dziewczyna?

Uniosłem brwi ze zdziwienia. Niallerowi chodziło tylko o wygląd dziewczyny?

- Bo ja wiem, trochę niska, blada cera, blond włosy prawie do pasa, brązowe oczy… 

Z każdym moim słowem oczy Nialla robiły się coraz większe, aż przypominały takie ogromne lizaki sprzedawane na straganach świątecznych. Jakie znaczenie miała dla niego ta dziwna Leah, skoro nawet jej nie znał?

- Liam, to ona! – rzekł pewnie Niall, patrząc na Liama, który tylko westchnął ze zrezygnowaniem – To dziewczyna ze Starbucksa!

              - A ten znowu zaczyna – mruknął Liam, machając ze zrezygnowaniem ręką i wychodząc.
---------------------------------------


Rozdział drugi... i perspektywa Harry;ego. Zdziwieni tym, że Georgia i Harry są kuzynostwem? Hhaha, chyba niezbyt :P W planie jest perspektywa wszystkich członków zespołu, tylko muszę je jakoś wpleść w fabułę. Na razie napisałam 13 rozdziałów (kurde, jestem dumna z siebie!) i mam już perspektywę Nialla, Liama, Harry'ego... nawet Savie! Chyba muszę dopisać coś z perspektywy Zayna i Lou. A może wolicie coś innego? Piszcie!


Jak to może się zakończyć? Czy Niall dopnie swego i spotka się z Leah? Jak ona na niego zareaguje? Dlaczego Leah nie chce mówić o swojej przeszłości? Dlaczego się tnie? Czytajcie dalej, by się dowiedzieć!


Follow @Pauline__1994 lub piszcie na gg 4441489, chętnie odpowiem na jakiekolwiek pytania :)

poniedziałek, 19 marca 2012

Rozdział 1: “The dreams in which I'm dying are the best I've ever had”



Obudził mnie jak zwykle młodszy kuzyn, którego nie obchodziło, że jest sobota i normalni ludzie lubią pospać sobie dłużej niż do ósmej rano, a nie tak jak on, wstawać już przed ósmą i budzić wszystkich domowników przeciągłym: „ŁŁŁŁŁŁAAAAAAAAAAA!”, jak to miał w zwyczaju. Nie przejęłam się jednak zbytnio tym, że w zapamiętaniu skakał mi po łóżku, krzycząc, żebym się obudziła, na co ja tylko nałożyłam na głowę poduszkę i jęknęłam, starając się odizolować od nieznośnych dźwięków, jakie wydawał. On chyba, jako jedyny nie przejmował się tym, że jestem „inna” i biorę leki antydepresyjne. Był za mały, by to pojąć, a tak przynajmniej starałam się to sobie tak tłumaczyć. Sześcioletnie dzieci czasami były bystrzejsze od dorosłych. Ale były też zbyt naiwne. Kiedyś ta naiwność je zgubi…

W końcu, chcąc, czy nie chcąc, zerwałam się z łóżka, mamrocząc pod nosem przekleństwa pod adresem porannego wstawania. Gdy minęłam swoje odbicie w lustrze, aż zaklęłam ponownie, widząc wielki kołtun na samym środku mojej głowy. Zachciało mi się spania w niedbałym koku, to teraz mam za swoje. Zanim zeszłam na dół chwyciłam szczotkę i starając się rozczesać, to prawie żywe „coś”, stanęłam w lekkim rozkroku przed lustrem, zapewne wyglądając nie mniej komicznie niż Anakin Skywalker w kostiumie króliczka Playboy’a. Chociaż nie, ten to przynajmniej wyglądałby seksownie, nie to, co ja.

Gdy rozczesałam włosy, ze zdziwieniem odkryłam, że sięgają mi prawie pasa. „Przydałoby się je trochę podciąć”, pomyślałam, chwytając blond pasma w dłonie i przejeżdżając po ich gładkiej fakturze. Co jak, co, ale włosy to miałam naprawdę piękne. Chyba dużo studentek, nie tylko z mojego rocznika, zazdrościło mi ich. Najlepsze było w nich to, że nie puszyły się, gdy zmokły; łatwo było je rozczesać i zawsze miały ten sam kolor – miodowy z uroczymi brązowymi oraz prawie białymi refleksami. Oczy też podobno przyprawiały o dreszcze, chociaż nie wiedziałam, dlaczego. Ich kolor przypominał mi mleczną czekoladę, mieniącą się czasami żółtawymi i zielonkawymi refleksami, zakończonymi ciemną obwódką o kolorze świeżo zmielonej kawy. Moje oczy idealnie kontrastowały z jasną skórą, bo wydawały się takie ciepłe, a skóra zimna. Chociaż jak dla mnie i oczy i skóra przypominały mi, że jestem wrakiem.

Na dole przywitała mnie ciocia, smażąc bekon dla siedzącego już przy stole Davida, młodszego kuzyna, który nie wiadomo jak, teleportował się z mojego pokoju do kuchni w ułamek sekundy, a ja nawet go nie zauważyłam. Potrafił przemykać korytarzami lepiej niż rasowy złodziej. Chętnie zamknęłabym swój pokój na klucz, ale niestety, od kiedy moje wujostwo zauważyło i zarekwirowało Kinię, po moim ostatnim, nawet lekkim wybryku, a do tego wysłało mnie do psychiatry, który od razu postanowił, że trzeba mnie jak najszybciej leczyć, odebrano mi klucz do pokoju, z obawy, że mogłabym się tam zamknąć i jeszcze coś sobie zrobić.  Myślałam o tym, ale chyba musiałabym być jakaś nienormalna, by się jeszcze narażać wujowi i cioci po tym, jak odkryli Kinię.

Przywitałam ją po cichu, a ona tylko skinęła głową, nadal zła za tą całą sytuację z Kinią. Ile można się gniewać? Przecież minął już prawie cały miesiąc! Najwyraźniej można było, a ciocia służyła jako „eksponat A”. Nie myślałam, że kiedykolwiek ciocia podniesie na mnie głos – kochała mnie ponad życie, była dla mnie jak druga matka – ale „tamtego” dnia nie szczędziła mi gorzkich słów w tonacji o jakieś trzy oktawy wyższe, niż normalna. Wiedziałam, że ją zawiodłam, ale naprawdę, nie widziałam sensu w moim życiu, jakby wyparował wraz z moimi narodzinami. Niby miałam ją, wujka i Davida, ale czułam się taka… pusta w środku. Czułam się tak, jakby ktoś mnie popukał, a po świecie rozległ się głuchy odgłos, które wydawało moje ciało. Byłam jak pusta muszla. Piękna, ale bez niczego w środku.

Zjadłam ( czyli tak naprawdę połowa trafiła do mojego żołądka, połowa została rozmazana na talerzu) śniadanie i oznajmiłam cioci, że wychodzę na pogaduchy do moich przyjaciółek Savannah i Georgi. Były chyba jedynymi osobami z mojej uczelni, które odzywały się do mnie w miarę normalnie. Inni patrzyli na mnie tak, jakbym była zombie. Prawdopodobnie tak wyglądałam w ich oczach, ale opinia innych, szczególnie tych, którzy nie znali mojej historii, mało mnie obchodziła. Skąd mogli wiedzieć, dlaczego tak, a nie inaczej się zachowuję, skoro nawet nie zamienili ze mną ani jednego słowa? Czasami najlepiej jest być ignorantem. Szczególnie w takich sprawach.

Savannah (nazywana przez nas Savie) i Georgia ( nienawidziła swojego imienia, dlatego używała zdrobnienia Gi) były chyba jedynymi osobami, które tak naprawdę mnie znały. Mimo, że za nami rozciągał się jedynie rok znajomości, wiedziałam, że mogę na nich polegać, jak na nikim innym. Niestety, nie byłam gotowa zaufać im na tyle, by zdradzić im każdy szczegół ze swojego bolesnego życia. A szkoda, byłam pewna, że by zrozumiały. Mimo wszystko… nie mogłam, po prostu nie mogłam.

Savannah była posiadaczką najpiękniejszej figury, jaką kiedykolwiek świat widział. Była idealna w każdym calu – od słomianych włosów do dużych, zielonych oczu. Od czubka głowy od wymaniciurowanych paznokci u stóp. Była typem diwy, ale na szczęście nigdy takiej, której sodówka uderzyła do głowy. Obracała się w znakomitym towarzystwie bogaczy, ale nie lubiła sztywnych imprez, tylko spontaniczne, czasami przesadzone domówki.

Georgia zawsze musiała błyszczeć, ale wiedziała, kiedy musi się usunąć na bok i pozwolić działać innym. Zazdrościłam jej pięknych i bujnych (choć nie tak długich jak moje) falowanych, szatynowych włosów i stalowoszarych, zazwyczaj zimnych, oczu. Należała do tych wiecznie zorganizowanych i punktualnych, ale potrafiła zaszaleć. Nienawidziła, gdy ktoś jej się sprzeciwiał, ale mogłam na niej polegać, po prostu do rany przyłóż.

Przy nich czułam się taka… nijaka. Obydwie potrafiły opowiedzieć dowcip, podrywać facetów, (podczas, gdy ja ich unikałam jak ognia przez większość swojego życia), naginać wykładowców i zjednać sobie każdego. Tym bardziej nie rozumiałam, dlaczego padło właśnie na mnie…, dlaczego właśnie ja zostałam ich przyjaciółką? Byłyśmy jak różne żywioły. Savannah przypominała ogień, Georgia wodę, a ja ziemię. Chyba byłam najbardziej stała i cicha. Jak ta skała, stojąca na pustyni, gdzie nie ma nikogo; samotna, obmywana przez piasek, przenoszony przez wiatr.

Z dziwnymi myślami ubrałam się w jasnoniebieskie rurki, biały t-shirt z dekoltem w serek, na który nałożyłam piaskowy sweterek, który pasował do moich balerin. Tak cieszyłam się, że mogłam je zakładać – w końcu niedługo lato wkraczało wielkimi krokami, nawet w tak pochmurnym kraju jak Anglia. I tak pochmurnym mieście jak Londyn. Na to narzuciłam tylko mój wysłużony, ale ukochany prochowiec – kieszenie wypełniały mi jedynie komórka i portfel – i byłam gotowa do wyjścia. Zrezygnowałam z makijażu, w końcu była sobota. Komu chce się malować w weekend, gdy i tak nie spotka się nikogo znajomego?

Starałam się nie trzaskać starymi drzwiami, ale i tak rozległ się za mną nieprzyjemny dźwięk. No nic, trzeba żyć dalej. Udało mi się załapać na autobus, którym i tak przejechałam tylko jeden przystanek, bo dom Georgii mieścił się naprawdę blisko mojego. Najgorzej miała Savannah, ale ona i tak dojeżdżała swoim audi, więc nie stanowiło dla niej problemu przejechanie połowy miasta, szczególnie z jej stylem jazdy, za który już dawno powinna mieć odebrane prawo jazdy.

Stwierdziłam, że jestem oczywiście przed czasem i to jakieś dwadzieścia minut – plusy wczesnego budzenia przez Davida – więc postanowiłam wybrać się do Starbucks’a, ale nie po to, by polansować się, jak większość ludzi robiła, tylko z jednej, prostej przyczyny – nie mogłam żyć bez ich kawy, a w szczególności bez ich Latte smakowego. Zawsze brałam jaki inny smak, tak dla urozmaicenia. O wczesnej porze wiedziałam, że nie będzie kolejki, dlatego też, stałam przed ladą, spokojnie odliczając pieniądze.

- To, co zwykle? – zapytała Connie, dziewczyna w dredach, która zawsze miała zmianę, jak pojawiałam się w Starbucksie.

- Tym razem orzechowa. – powiedziałam, skupiając się nadal na liczeniu monet, aż w końcu z zadowoleniem położyłam je na plastikowej podkładce i odwzajemniłam uśmiech Connie, którym obdarzała mnie za każdym razem.

Connie wzięła ode mnie pieniądze i zaczęła przygotowywać moja kawę na wynos, a ja oparłam się o wystający kawałek blatu, przy którym czekało się na swoje zamówienie. Po kilku minutach ściskałam już swoje latte w dłoni, dziękując Connie. Nałożyłam na kubek tylko otoczkę, by nie poparzyć palców oraz wieczko i odwróciłam się w stronę wyjścia. Podniosłam głowę, by lepiej zlokalizować drzwi, gdy nagle przed oczami zamajaczył mi kształt.

- Uważaj! – syknęłam, co sprawiło, że kształt zatrzymał się niespodziewanie, kilka centymetrów ode mnie. 

Dopiero po bliższej analizie i wyostrzeniu wzroku, doszło do mnie, że tym kształtem okazał się chłopak. Odskoczyłam od niego, gdy tylko zorientowałam się, jakiej płci jest; miałam wrażenie, że moja twarz robi się szara jak papier. Jego morsko niebieskie oczy przez chwilę analizowały moje zachowanie, a brwi nad nimi zmarszczyły się, formując się w jedną linię. Chłopak zmierzwił swoje blond włosy, trochę jaśniejsze od moich i już chciał się odezwać, gdy mu przerwałam, niegrzecznym tonem:

- Następnym razem uważaj bardziej, gdzie idziesz. – burknęłam, starając nie patrzeć mu w oczy i minęłam go, zanim zdążył mnie przeprosić.

Dla takich nawet nie warto czekać na przeprosiny. Grunt, że kawa się nie wylała i mogłam ze spokojem sączyć ją, dochodząc powoli do domu Gi. Patrząc na jednakowe domy w rzędzie, czułam się jak w jakimś dziwnym, zanadto poukładanym świecie.

It’s a very, very mad world…

O tak, chory ten świat… niezaprzeczalnie chory.

Zadzwoniłam do domu Gi, która otworzyła mi z lekką paniką na twarzy, nadal trzymając w jednej ręce szczoteczkę od tuszu do rzęs. Ruchem dłoni zagoniła mnie do środka i nakazała zająć się sobą. Nie miałam pojęcia, dlaczego się tak stroiła. Przecież miałyśmy być tylko ja, ona i Savie. Chyba…

Chyba, że mieli zjawić się jacyś niezapowiedziani goście.

Dostajesz paranoi, Leah, kogo niby Gi miałaby jeszcze zapraszać?”, zganiłam się w głowie, machając ręką w powietrzu i zabrałam się do rozbierania się z prochowca, stawiając kawę na parapecie.


***


Spod pół przymkniętych powiek zobaczyłem, jak Niall niesie kawę z jakimś nieobecnym wzrokiem, ale to był Niall, zapewne myślał o jedzeniu. Tylko wtedy się tak zamyślał, tak na poważnie. Zdziwiłem się, gdy potknął się o wystający kamień, w ostatniej chwili kładąc kawy na naszym stoliku. Niall i niezdarność? Od kiedy? Niall i jego miłość do jedzenia – to prędzej. Lecz nigdy nie powiedziałbym, że Niall jest niezdarny. No, może czasami, wywali się o coś… ale zawsze jest jakiś powód.

- Przepraszam – wymamrotał Niall, siadając obok mnie i unosząc swój kubek, by sprawdzić, czy nie został ubrudzone od spodu.

- Pierwsze potknięcie od czasu feralnego poślizgu na kręgielni – zaśmiałem się i zmierzwiłem moje brązowe włosy, które gdy tylko trochę zarastały, zaczynały się lekko kręcić, lecz nie były to takie majestatyczne loki, jak u Harry’ego.

Blondyn zmierzył mnie wzrokiem mordercy, a ja zachichotałem, przyciągając swój kubek bliżej. Upiłem łyk i ułożyłem się wygodniej na krześle, patrząc na nieobecnego Niall’a, który widocznie miał coś ważniejszego na głowie, niż kawa ze swoim najlepszym kumplem, czyli mną, Liamem Paynem. Popukałem Niall’a w ramię, a gdy wzdrygnął się, zdusiłem kolejną salwę śmiechu.

- Powiesz mi, o czym tak namiętnie myślisz? – zapytałem go, gdy poprawiał się na siedzeniu, trąc czoło.

Zawsze tak robił, jak starał się sformułować jakąś głębszą myśl.

- Wpadłem na kogoś w środku… - zaczął, a ja zauważyłem jak jego policzki powoli rumienią się – Zachowywała się… dziwnie. I chyba nie zauważyła, kim jestem.

- Och, nie, Niall, jak to przeżyjesz! – ironizowałem, zanosząc się śmiechem, a potem momentalnie skrzywiłem się, dostając kuksańca w kostkę. – Ej, to bolało! Myślałem, że nie lubisz przemocy!

- Bo przemoc to ostateczność – spojrzał na mnie spode łba, a ja już wiedziałem, że lepiej nie żartować dalej, bo mogło skończyć się na czymś więcej, niż bolącej kostce; po chwili jednak westchnął i kontynuował – Nie wiem, Liam… ona chyba… bała się mnie, bo gdy się zderzyliśmy, najpierw na mnie naskoczyła, a potem, jakby zbladła, coś wymamrotała i już jej nie było.

Niall zmarszczył brwi, a ja tylko pokręciłem głową, wzruszając ramionami.

- Kto wie, może ona ma z mężczyznami, tak jak ja  z łyżkami? – rzekłem, udając zadumę; ech, miałem dobry humor, nie powiem, a biedny Nialler stał się obiektem moich dziwnych żartów, których nikt nigdy nie mógł załapać.

Nie to, co żarty Louisa. Jego dowcip o grzybie idącym na imprezę robił furorę, szczególnie, gdy Zayn zaczynał śmiać się jak opętany, co było naprawdę dziwne i takie… chwilami nienormalne. Ale przyjaciół się czasami nie wybiera. Należałem do One Direction, grupki, w której każdy był inny. Ale wiele nas też łączyło – między innymi miłość do muzyki i tańca. No, może jedyny Zayn nie lubił tańczyć, chociaż gdy trochę więcej się napił, szalał na parkiecie niczym tygrys. W każdym razie, podobała mi się w nas jedna rzecz – że mimo różnic, potrafiliśmy się dogadać, byliśmy jak rodzina. Wiem, ilu ludzi oddałoby, żeby mieć taką rodzinę, ale przykro mi, ja z nikim nie mam zamiaru się zamieniać!

Poczułem znajome wibracje i wyciągnąłem telefon z kieszeni.

„ Gdzie jesteście? Ktoś musi mnie podwieźć do kuzynki i to migiem!”

Uniosłem brwi w zdziwieniu. Przecież Harry mógł sam pojechać do kuzynki, skoro zdał niedawno na prawo jazdy. Myślałem chwilę, po czym przypomniało mi się, że nadal nasza piątka posiada tylko dwa samochody, a jeden z nich brał wczoraj Lou, bo auto potrzebowało natychmiastowego przeglądu. A to oznaczało…

„ Zaraz będziemy, tylko dokończymy kawę.”

„Mam gdzieś waszą kawę, jestem już i tak wystarczająco spóźniony.. Czekam na auto, Daddy! Xx”

Dałem znać Niallowi, żeby ruszył swój zacny zadek z krzesła i w tempie szybszym niż prędkość światła, znaleźliśmy się w naszym srebrnym volvo, które naprawdę wymagało mycia, bo powoli z szarego przechodziło w brąz i to nie miał być mój kolejny żart. Muszę przypomnieć o tym Louisowi, skoro ostatnio jest skory do zajmowania się naszymi autami.

Harry czekał przed naszym domem, na szczęście nie było tam ani jednego paparazzi, więc odetchnęliśmy z ulgą. Normalnie bym go nie rozpoznał na tymi ogromnymi okularami i szerokim kapturem na głowie, przysłaniającym tego loki, za którymi tak przepadały fanki. Widać było, że jest „lekko” poirytowany, a zdradzały go usta, zaciśnięte w cienką linię.

- Dłużej się nie dało? – mruknął z niezadowoleniem, podchodząc do nas i krzyżując ręce na klatce piersiowej. 

- Przykro mi, byliśmy w naszym Starbucksie – usprawiedliwiłem się, a potem rzuciłem mu kluczyki do wozu. – Wiesz, że to jednak jest kawałek drogi.

- Trzeba było mnie zabrać ze sobą, jadę w te rejony! – krzyknął za nami Harry, podczas gdy ja i Niall ze spokojem udaliśmy się do domu, by przez resztę dnia przeleżeć na kanapie w salonie.


--------------------------------------------

No i jest rozdział pierwszy.. strasznie dołujący. Kilka pierwszych niestety takich będzie, by wprowadzić was w klimat tej niecodziennej historii. Potem, możliwe jest tej ożywienie, ale niestety, trzeba przeczytać trudne rozdziały, by wszystko zrozumieć. Ostrzegałam, mówiąc, że to nie jest łatwa historia. Życie Leah nigdy nie było łatwe, niektóre jej przeżycia są moimi przezyciami, ale przynajmniej dzięki temu bardziej wczuwam się w pisanie.

Chciałam podziękować za miłe i liczne komentarz pod prologiem. Nie wiedziałam, że ten blog zostanie odebrany tak pozytywnie i tak szybko zyska czytelników.! Jestem naprawdę wdzięczna za każdy komentarz :) Szczególnie dziękuję Avicii  - za te twoje "nienaturalnie długie" i strasznie motywujące komentarze, które dają mi wenę na nowe rozdziały. Dzięki za bycie fan #1 <3 Ten rozdział z dedykacją dla ciebie!

Spekulacje na dziś: Jak myślicie, co się stanie? Co tak naprawdę czuje Niall? Fascynację? Niechęć? Dlaczego Leah się tnie i czy jeszcze spotka Nialla? Co tak naprawdę zadecydowało o jej niechęci do mężczyzn?  Czy Niall okaże się tym "wyjątkowym"?


Follow @Pauline__1994 lub piszcie 4441489 jeśli macie jakiekolwiek pytania :) (często jestem niewidoczna na gg, więc możecie próbować pisać, jak chcecie) Informuję o nowych notkach tylko na gg i twitterze! Piszcie, jeśli chcecie być informowani!